|
W
|
ciąż zielone krzaki kłuły ją w
policzek, ale dziękowała Bogu, że tu rosły. „Jeśli świat się nie skończy, w
moim ogrodzie będą rosły same krzaki.” Słońce dopiero wstawało, czuć było
jeszcze wrześniowy, ciepły chłód. Wszak było jeszcze wcześnie, chyba piąta
rano, czy coś koło tego. „Czy oni nigdy nie śpią? Czają się o każdej porze dnia
i nocy. Nie wyjdziesz o takiej porze, żebyś się po kątach nie chował. Ale my to
zakończymy.” Walczyła o życie bijąc się nie tylko z Niemcami, również z myślami
toczyła nierówny bój. Miała skupiać się na wykonaniu poleceń przełożonego i
przede wszystkim na przeżyciu, a tymczasem jej beztroski cynizm bił po oczach.
Jej przełożeni i koledzy czasem między sobą cicho szeptali czy, jeśli tak to
kiedy, ta pewność siebie, to coś co jest w jej ruchach, eleganckich i
niebezpiecznych, jakby stale była przygotowana do ataku, wpędzi ją w kłopoty. A
kłopoty w roku 1944 oznaczały prawie pewną śmierć.
Czasami zastanawiała się, co właściwie zaciągnęło ją do
AK. Czy była to zbytnia brawura, która cechuje dziewczęta takie, jaką ona była
dotychczas. Jest wojna, ach, pomyślała, co mi szkodzi, będę walczyć za
Ojczyznę. Innym razem myślała o samotności. Całe dotychczasowe życie otoczona
ludźmi, których kochała, to prawda, jednak wspólny język, tematy ten sposób
myślenia, taki odważny, po prostu. Spróbowała, pewnego dnia zjawiła się na
tajnej zbiórce. Nie zwróciła na siebie szczególnej uwagi zwierzchników. Prawie
nic nie mówiła, zawsze miała na sobie ładnie wykrojony, ciemnozielony płaszcz,
niezależnie od pogody. Nigdy nikomu tego nie powiedziała, nikt zresztą nie
pytał, że pod płaszczem schowała broń ojca, którego gestapo zabrało na
przesłuchanie. Nigdy z niego nie wrócił. Zdążył jednak nauczyć swoją córkę
posługiwania się bronią automatyczną, co niewątpliwie uratowało jej życie w
wielu nieprzyjemnych sytuacjach. To była najlepsza z wielu decyzji jej taty.
Kiedy zapytali, jaką funkcję chciałaby objąć, wiedzieli,
że jest to pytanie jedynie formalne, bo idealnie nadawała się na łączniczkę. I
ona też o tym wiedziała. Nikt nie nadaje się na skradanie tak, jak kot. Ona
niemal była kotem. Z kotami łączyło ją jeszcze wiele cech, choć to dłuższa
historia.
Czołg się ruszył. Nikt nie wyszedł z pokładu, żaden obskurny
Niemiec nie rozstrzelał jej nędznego ciałka, które trwało niewzruszenie od
godziny w bezruchu. Przymknęła lekko
oczy. Kiedy następnym razem otworzyła, nie zobaczyła pancernego pojazdu..
ostrożnie rozejrzała się w około. Maszyna odjechała. Dopiero wtedy dała sobie
pozwolenie na długi, świszczący oddech ulgi, wraz z którym pozbyła się całego
strachu, który powoli się w niej zadomawiał.
Już bez przeszkód dotarła do małego mieszkanka na jednej z
wielu ulic Warszawy. Chłopcy spojrzeli na nią ze zdumieniem. Jako jedyna
dotarła dzisiaj do bazy. Ulga rozbłysła w oczach oficera. Na chwilę zapanowała
radość z powodzenia misji. Na chwilę. Bo misja dotyczyła dostarczenia wiadomości
o prowadzeniu rozmów kapitulacyjnych. „Parszywy poniedziałek. Przeżyłaś tylko
po to, żeby później cię zabili. Brawo. Choć drugi października będzie dnie bez
wątpienia zapamiętanym. Teraz znów wszystko się zmieni.”
Rozmowy kapitulacyjne nie były ani dla niej, ani dla reszty
żadnym zaskoczeniem. Początkowy zryw walk, taka chora euforia, że nareszcie, że
zaczęło się… Po wszystkim zastanawiała się, co myśleli sobie oficerowie, kiedy
wlewali do serc młodych Polaków Boga, Honor i Ojczyznę. A teraz wszystko się
waliło. Pierwsza padła Sadyba. Pamięta jak zacięty wyraz twarzy miała
sierżantka, wykrzykując z mocą, że chce swoje dziewczyny wyprowadzić z tego
żywe i dlatego żadne przeniesienie nie wchodzi w grę. „Ironia losu. Ta kobieta
była w gruncie rzeczy bardzo miła. Może jeszcze… zdążę zdezerterować?” Ale
uważnie rozejrzała się po pokoju. Salon. Mała ława przesunięta pod ścianę,
obraz Matki Boskiej a obok paprotka. I to wszystko. Reszta została sprzedana za
jedzenie. To miejsce zubożało, tak jak wiele innych. Znikły fortepiany, drogie
obrazy, boazerie. Tego dnia cały oddział do którego należała nerwowo rozsiadł
się w pokoju i z trwogą słuchał słów oficera.
Podjęła decyzję, gdy spojrzała przelotnie na młodą
dziewczynę skubiącą ze zdenerwowania paznokcie. Właściwie, to wcale o niej nie
myślała. Była zajęta karceniem się za takie myśli. „Choć to dokończę. Ta jedna
sprawa warta jest życia i dobrze o tym wiesz.”
Niemal całą noc przesiedziała na krześle, próbując wypatrzeć
gwiazdy zza zasłoniętych firan. Niestety, w nocy z drugiego na trzeciego
października nad Warszawą nie świeciła żadna. Zasłona zbliżającej się porażki
je całkiem przysłoniła.
Już o siódmej Niemcy zaczęli wywozić żołnierzy do obozów
jenieckich. Już na początku oddzielili
mężczyzn i kobiety, upychając ich w ciężarówkach. Widziała, że gestapo nie
widzi w żołnierzach jeńców – traktowali ich, jakby z obrzydzeniem, widziała w
ich oczach taką złość. Jakby zabicie Armii Krajowej wszystko ułatwiało. „Ile
ziemia jest jeszcze w stanie pomieścić ludzkich ciał? Pewnie jeszcze bardzo
dużo, biorąc pod uwagę liczbę ludzi upchanych w jednej ciężarówce.” A tymczasem
mieli zostać potraktowani zgodnie z Konwencją Genewską. Żadnej przymusowej
pracy, z wyjątkiem prac gospodarskich, lekarz, lekcje… Prawa jeńców wojennych.
Wysiedli na dworcu. Z megafonu rozległ się głos. Szorstki,
nienawistny. PRZY KAŻDEJ PRÓBIE UCIECZKI STRZELAMY BEZ UPRZEDZENIA. „No tak. Jak
najszybciej wytępić wolę walki. Chcą zasiać strach, ale… w sercach żołnierzy?
Jaki to ma sens? Strzelali bez uprzedzenia już wcześniej , to przecież jasne,
że nie zawahają się tego zrobić i później.” Tak jak się spodziewała, kilka
starszych przełożonych przeniknęło do grupy młodszych żołnierek, by pomóc im i
zaopiekować się nimi. Duchowo, bo przecież nie wiedziała, gdzie znajduje się
Stalag VIC.
Żołnierki mimo wszystko zdziwiły się, gdy na peron
nadjechały wagony bydlęce. Szepty, pomrukiwania, że według Konwecji Genewskiej
powinny wyjechać normalnie, jak ludzie, myślały, że ciężarówki to kłopoty z
innym transportem… „Głupie! Czeka nas tam śmierć! Po co miałoby nam być
wygodnie. Jest wojna!” Ona też złościła się. Ale od pewnego czasu złościła się
nieustannie. Na początku odbyła się rewizja. Wszelka broń miała zostać oddana.
Zrobiła to z wielkim żalem, wszak miała ochotę jej użyć, ale swój ukochany
automat schowała, w skrytce pod jedną z obluzowanych desek w podłodze. Jeśli
będzie miała szczęście, znajdzie ją po wojnie, albo jakiś Polak w potrzebie
użyje jej w słusznej sprawie.
Podróż trwała kilka bardzo niewygodnych godzin. W wagonach
nie było gdzie usiąść, na jeden z nich przypadało co najmniej dwa razy zbyt
wiele kobiet. Mimo to niektóre z nich był w stanie wesoło śpiewać, opowiadać
dowcipy, snuć na głos marzenia, nawet się kłócić na mało znaczące tematy – byle
by podtrzymać siebie i koleżanki na duchu. Z tego co dowiedziała się później
wynikało, że około sześćset kobiet oddanych do niewoli jenieckiej było pomiędzy
15 a 20 rokiem życia, co stanowiło
dwadzieścia procent ich wszystkich. Dwadzieścia procent młodych dziewczyn,
które z powodzeniem mogły uciec nie mając przy tym palącego wyrzutu sumienia.
Musiały odnaleźć w sobie wielką siłę, by zostawić w miarę bezpieczny dom i
rzucić się w wir niebezpieczeństwa, gdzie błąd kosztował życie. A one miały
prawo do popełniania błędów. Wcielając się do AK, odrzuciły ten przywilej.
Jak głosiła tablica na następnym peronie, ich niewola miała
się odbyć w miejscowości Oberlagen, niedaleko granicy z Holandią. Nie widziały
wioski, następne ciężarówki wysadziły je wprost przed złowieszczą bramą podobną
do tych z obozów pracy przymusowej.
Dziewczyna we wciąż ciemnozielonym płaszczu usłyszała
okrzyki grozy i jęki zawodu. Nie tylko brama wyglądała jak wyjęta z obozów.
Błotnisty obszar, na którym z trudem stało siedem nędznych baraków. W pierwszym
rekonesansie mrj Jaga wykazała, że brak tu również ogrzewania i ciepłej wody.
Och, jakiż je tu czekał los!
Ustawiły się w dwuszeregu, nie pozbawią ich resztek
godności, co to, to nie! Dobrze zrobiły, bo chwilę później spoglądały już na
komendanta ich oflagu, gestapowca, którego niebieskich oczu nie zapomną do
końca życia. Tak samo jak wygrażania karabinem,
krzyków i wyzwisk. Od początku był wyjątkowo wredny i kłamliwy. Potrafił kusić,
przekonał kilka żołnierek, by przeniosły się do obozu pracy, w zamian za więcej
jedzenia i mieszkanie. A potem próbował siłą, zdzierając dystynkcje wojskowe z
mundurów. „Ty mały, wredny gestapowcu, nawet nie wiesz, jaką siłą dysponują
kobiety, którym odebrano wszystko. A do tego trafiłeś na harde kobiety wcielone
do wojska. Gorzej nie mogłeś!”
Pierwszą noc spędziły rozmawiając. W ciemnościach było widać
malutkie ognisko, które nie oświetlało praktycznie niczego. Nie polepszyło to
im humorów, poczuły się jeszcze bardziej bezradne wobec wszechogarniającej fali
nazizmu. Brak ogrzewania dał im się we
znaki, a prowizoryczne ogrzewanie stanowiły kawałki papierów, bardzo zniszczone
krzesło, deski wyłamywane z prycz, a nawet drewniane latryny (o niej dziewczyna
w zielonym płaszczu ułożyła piosenkę, po czym oddała ów płaszcz jakiejś chorej
kobiecie) i jakieś pozostałości po poprzednich mieszkańcach. Widać było, że
wobec nich również prowadzono politykę ekstremizmu, bo uschnięte drzewa miały
objedzoną korę. Wyjedzona była również trawa i wszystkie możliwe do zjedzenia
korzonki. Starały się nie nawet nie myśleć, jakie życie prowadzone ku zagładzie
musieli tu wieść więźniowie przed nimi.
- Uwaga, oflag VI C! Baczność!- Rewizja stanowiła część
codzienności jenieckiej. Jednak przyszła zima, a dziewczynom nie pozwolono się
nawet ubrać. Stały więc, na baczność, czekając na polecenia komendanta, śnieg
pozostawiał rany stopach a mróz zdawał się zamrażać nawet serca. Już w październiku
1944r. Oberlagen zostało wykreślone z listy obozów jenieckich, ze względu na
tragiczne warunki panujące w oflagu. Z płonącej w sercu odwagi Zofia
Majewiczowa, siostrzenica Marszałka Piłsudskiego zaintonowała piosenkę na
poczekaniu, aby uczynić tak, jak Bóg uczynił Kubie.
Choć wszędzie postawiłem straż
Latryny mam połowę Raz w jasną noc do
latryny
Zakradła się gromada
I ciągnie stamtąd desek trzy
Ach, czy to tak wypada?
Wszak latryna państwowy gmach
Ze swastyką na dachu
Wartownik wrzasnął och i ach
I zemdlał wnet ze strachu.
A gdy się ocknął
Pomknął w cwał
Hauptmana budzić w nocy
W Hauptmana dziki wstąpił szał
Że musiał wstać spod kocy
Więc za telefon chwyta wnet
Rozmowa alarmowa
I do Berlina daleko het
Odzywa się w te słowa: Najdroższy
Fuhrerze nasz
Od trosk już tracę głowę
Choć wszędzie postawiłem straż
Latryny mam połowę*
„Może powinno ujść mojej uwadze,
że nasz śmiech z każdym dniem staje się, powoli, ale jednak, nieco szalony.
Cieszmy się. Niemal zapomniałam, że trwa wojna.”
Okrężną drogą, przez inne obozy, do stalagu VIC przysyłano
paczki z żywnością od MCK. Zawsze z radością je przyjmowały, a niekiedy nawet
wysyłały listy do rodzin. Nie żaliły się, najważniejsze było to, że nie zostały
postawione przed plutonem egzekucyjnym. Miały parszywe szczęście. Naziści
poszli niezwykle na rękę, pozwalając prowadzić różne działalności. Na przykład
uczyć się. Było to ich jenieckie prawo, ale w Oberlagen respektowano zaledwie
kilka z nich.
Urządzano więc lekcje matematyki, historii, fizyki. Nawet
astronomia została wzięta pod lupę. Kobiety nigdy nie odrzucą możliwości
dokształcenia się. Tak też lekcje stały się niezwykle popularne, a wkrótce
kilka z nich urządziło też wieczorek poetycki. Grupa rozrosła się do tego
stopnia, że zaczęto organizować przedstawienia teatralne i sztuki baletowe.
Niemcy starali się usilnie nękać patriotki, jeśli nie w
sposób fizyczny, to przynajmniej psychiczny. Robili to tak zapamiętale, z taką
namiętnością, że nieraz udawało się im przedobrzyć i zamiast potępić zniewolony
oddział wojsk polskich, tylko się ośmieszali. Na przykład uwielbiali przerywać
przedstawienia. Podczas wystawiania
„Królewny Śnieżki” jeden z gestapowców wtargnął na scenę i od razu zaczął
wydzierać się na jednego z krasnoludków, oskarżając o kradzież chleba. Była to
sytuacja tak absurdalna, krasnoludek zapomniał jaką kwestię miał właśnie
wypowiedzieć. Zamiast grozy, nazista obudził Królewnę i tym sposobem stał się
Księciem-Z-Przypadku. „Kto by pomyślał, że Treiber nadaje się na Księcia! Może
gdyby nie był gestapo… Raczej gdyby nie było wojny. Zapisałybyśmy go do kółka!”
Dziewczyna bez zielonego płaszcza doskonale radziła sobie w
każdej sytuacji. Nawet takiej, w której została przyłapana na szyciu
biało-czerwonych flag. Została surowo ukarana, ale przeżyła. Pewnie dzięki
wciąż zmieniającej się sytuacji na froncie. Rankiem 6 lutego, kobiety usłyszały
coś, czego nie słyszały od dawna. Rumor przedsmaku prawdziwej wojny! Dwa
alianckie samoloty myśliwskie ostrzelały stalag w Molsdorfie. Gen. „Żaczek”
zginęła, dostając kulę w brzuch i kręgosłup. Szesnaście innych kobiet zostało
rannych. Niemcy jednak wszystko umieli wykorzystywać propagandowo. Pochowali
gen. „Żaczek” z honorami. Patriotki mrużyły tylko oczy, gdy naziści oddali
salwę honorową, gdy przybyły wieńce z Wermahtu i Włoch. Oczywiście, wszystko
pod okiem kamery, skwapliwie rejestrującej krokodyle zły tych panów. Później
wszyscy mogli zobaczyć jak „wspaniałomyślni” i „honorowi” są przyszli panowie
świata.
Przyszli, ale niedoszli. W
ostatnich dniach regularnej wojny Niemcy wręcz zabiegali o to, żeby jeńcy
mówili o nich jak najlepiej. Dawali klucze do magazynów, żeby zobaczyły, że są
puste. Pozwalali chodzić do bauerów, kupować u nich ziemniaki i chleb. Bardzo
starali się zyskać w oczach patriotek. Wiedzieli, że wszystko się wali. Ich
dniem sądu był 12 kwietnia. Bardziej dokładnie okolice godziny osiemnastej.
Polski czołgista z dywizji gen. Maczka wyzwolił oflag Oberlagen. Gdy wyszedł z
pokładu był tak umorusany, że jedna z żołnierek zagadała do niego po angielsku.
Jego zdziwienie było wyjątkowo polskie, więc pomyłka szybko się wyjaśniła. Tak
częste myśli o zemście ziściły się: znienawidzony Treiber dostał kulę w łeb. A
komendant szybko się poddał. Teraz to on był w niewoli.
Zwarte i gotowe znów ustawiły się
w szeregu. Znów chciały walczyć, chociaż były w fatalnym stanie. Były
przekonane, że to nie koniec wojny. Jednak płk Stanisław Koszustki przyjął ze
spokojem raport od por. Marii Milewskiej już po wyzwoleniu obozu.
A Dziewczyna w zielonym płaszczu?
Ona mogła być każdą z nich. Jedną z setek. Jej losy są wspólnymi losami
bohaterek wojny, która się skończyła. Pomyślmy czasem, co mogły czuć, a staje
się to łatwiejszym zadaniem, gdy usłyszymy smutną mamrotaną, to znów
wykrzykiwaną z grymasem na twarzy piosenkę:
Wokoło moczary, dzikie
pustkowia
W sercu apatia, tęsknota
wre
Że nam smutno
Nikt się nie dowie
Że serce płacze, że jest
źle
Już idzie mięta, pijmy
dziewczęta, utopmy troski w blaszanki dnie
Choćbyśmy chciały, nikt
się nie dowie
Jak źle w stalagu VIC**
Kaitsu
Obydwa
teskty piosenek są zaczerpnięte ze wspomnień żołnierek rzeczywiście
przebywających w stalagu Oberlagen. Wspomniane wydarzenia pochodzą jednak z
dwóch stalagów, wspomnianego oraz oflagu Molsdorf. Akcja dziejąca się w
Warszawie została zaczerpnięta ze wspomnień łączniczki. Osoby wspomniane z nazwiska
lub imienia istniały naprawdę. Jedynie główna bohaterka to fikcyjny, acz
symboliczny, profil psychologiczny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz