- Co to znaczy być normalnym?
- Czy masz na myśli równowagę psychiczną, czy może...
przeciętny stan konta
przeciętne relacje międzyludzkie
wtapianie się w tłum
kłótnie
wiele nieprawdziwych przyjaźni
przeciętnego kota lub psa w domu
przeciętną inteligencję
przeciętny czas poświęcony na naukę
przeciętne hobby
przeciętny styl muzyczny
przeciętne upodobania
...przeciętność?
- Czy wszyscy chcą być normalni?
- Nikt tego nie chce. Ale jeszcze ważniejsze jest dla nich, by nikt nie był bardziej oryginalny.
- Ale to nielogiczne!
- Ludzie to nie rośliny. Jeśli nie są dość silni by samemu piąć się w górę, zrobią wszystko, by inni pozostali na dole.
- To bardzo źle.
- To nie ludzie są źli. Kiedy spoglądasz na zło głębiej, znajdziesz milion powodów, do których to doprowadziło. Ale masz rację. Świat jest pełen hipokrytów, egoistów, złodziei, terrorystów, pedofili, narkomanów...
- Na każdy zły uczynek istnieje nazwa?
- Sądzę, że tak.
- A na dobre?
- Filantrop, dobrodziej, bohater, misjonarz...
- Mówisz wolniej.
- Bo to trudniejsze. Dużo trudniejsze.
- Jesteśmy normalni?
- Oby nie.
Krzycz aż będziesz sobą.
sobota, 27 lipca 2013
poniedziałek, 15 lipca 2013
W zielonej szacie czarne sny
Publikuję tekst napisany na potrzeby konkursu Pamięć Nieustająca. Nie został on nagrodzony, jednak jestem do niego bardzo przywiązana.
|
W
|
ciąż zielone krzaki kłuły ją w
policzek, ale dziękowała Bogu, że tu rosły. „Jeśli świat się nie skończy, w
moim ogrodzie będą rosły same krzaki.” Słońce dopiero wstawało, czuć było
jeszcze wrześniowy, ciepły chłód. Wszak było jeszcze wcześnie, chyba piąta
rano, czy coś koło tego. „Czy oni nigdy nie śpią? Czają się o każdej porze dnia
i nocy. Nie wyjdziesz o takiej porze, żebyś się po kątach nie chował. Ale my to
zakończymy.” Walczyła o życie bijąc się nie tylko z Niemcami, również z myślami
toczyła nierówny bój. Miała skupiać się na wykonaniu poleceń przełożonego i
przede wszystkim na przeżyciu, a tymczasem jej beztroski cynizm bił po oczach.
Jej przełożeni i koledzy czasem między sobą cicho szeptali czy, jeśli tak to
kiedy, ta pewność siebie, to coś co jest w jej ruchach, eleganckich i
niebezpiecznych, jakby stale była przygotowana do ataku, wpędzi ją w kłopoty. A
kłopoty w roku 1944 oznaczały prawie pewną śmierć.
Czasami zastanawiała się, co właściwie zaciągnęło ją do
AK. Czy była to zbytnia brawura, która cechuje dziewczęta takie, jaką ona była
dotychczas. Jest wojna, ach, pomyślała, co mi szkodzi, będę walczyć za
Ojczyznę. Innym razem myślała o samotności. Całe dotychczasowe życie otoczona
ludźmi, których kochała, to prawda, jednak wspólny język, tematy ten sposób
myślenia, taki odważny, po prostu. Spróbowała, pewnego dnia zjawiła się na
tajnej zbiórce. Nie zwróciła na siebie szczególnej uwagi zwierzchników. Prawie
nic nie mówiła, zawsze miała na sobie ładnie wykrojony, ciemnozielony płaszcz,
niezależnie od pogody. Nigdy nikomu tego nie powiedziała, nikt zresztą nie
pytał, że pod płaszczem schowała broń ojca, którego gestapo zabrało na
przesłuchanie. Nigdy z niego nie wrócił. Zdążył jednak nauczyć swoją córkę
posługiwania się bronią automatyczną, co niewątpliwie uratowało jej życie w
wielu nieprzyjemnych sytuacjach. To była najlepsza z wielu decyzji jej taty.
Kiedy zapytali, jaką funkcję chciałaby objąć, wiedzieli,
że jest to pytanie jedynie formalne, bo idealnie nadawała się na łączniczkę. I
ona też o tym wiedziała. Nikt nie nadaje się na skradanie tak, jak kot. Ona
niemal była kotem. Z kotami łączyło ją jeszcze wiele cech, choć to dłuższa
historia.
Czołg się ruszył. Nikt nie wyszedł z pokładu, żaden obskurny
Niemiec nie rozstrzelał jej nędznego ciałka, które trwało niewzruszenie od
godziny w bezruchu. Przymknęła lekko
oczy. Kiedy następnym razem otworzyła, nie zobaczyła pancernego pojazdu..
ostrożnie rozejrzała się w około. Maszyna odjechała. Dopiero wtedy dała sobie
pozwolenie na długi, świszczący oddech ulgi, wraz z którym pozbyła się całego
strachu, który powoli się w niej zadomawiał.
Już bez przeszkód dotarła do małego mieszkanka na jednej z
wielu ulic Warszawy. Chłopcy spojrzeli na nią ze zdumieniem. Jako jedyna
dotarła dzisiaj do bazy. Ulga rozbłysła w oczach oficera. Na chwilę zapanowała
radość z powodzenia misji. Na chwilę. Bo misja dotyczyła dostarczenia wiadomości
o prowadzeniu rozmów kapitulacyjnych. „Parszywy poniedziałek. Przeżyłaś tylko
po to, żeby później cię zabili. Brawo. Choć drugi października będzie dnie bez
wątpienia zapamiętanym. Teraz znów wszystko się zmieni.”
Rozmowy kapitulacyjne nie były ani dla niej, ani dla reszty
żadnym zaskoczeniem. Początkowy zryw walk, taka chora euforia, że nareszcie, że
zaczęło się… Po wszystkim zastanawiała się, co myśleli sobie oficerowie, kiedy
wlewali do serc młodych Polaków Boga, Honor i Ojczyznę. A teraz wszystko się
waliło. Pierwsza padła Sadyba. Pamięta jak zacięty wyraz twarzy miała
sierżantka, wykrzykując z mocą, że chce swoje dziewczyny wyprowadzić z tego
żywe i dlatego żadne przeniesienie nie wchodzi w grę. „Ironia losu. Ta kobieta
była w gruncie rzeczy bardzo miła. Może jeszcze… zdążę zdezerterować?” Ale
uważnie rozejrzała się po pokoju. Salon. Mała ława przesunięta pod ścianę,
obraz Matki Boskiej a obok paprotka. I to wszystko. Reszta została sprzedana za
jedzenie. To miejsce zubożało, tak jak wiele innych. Znikły fortepiany, drogie
obrazy, boazerie. Tego dnia cały oddział do którego należała nerwowo rozsiadł
się w pokoju i z trwogą słuchał słów oficera.
Podjęła decyzję, gdy spojrzała przelotnie na młodą
dziewczynę skubiącą ze zdenerwowania paznokcie. Właściwie, to wcale o niej nie
myślała. Była zajęta karceniem się za takie myśli. „Choć to dokończę. Ta jedna
sprawa warta jest życia i dobrze o tym wiesz.”
Niemal całą noc przesiedziała na krześle, próbując wypatrzeć
gwiazdy zza zasłoniętych firan. Niestety, w nocy z drugiego na trzeciego
października nad Warszawą nie świeciła żadna. Zasłona zbliżającej się porażki
je całkiem przysłoniła.
Już o siódmej Niemcy zaczęli wywozić żołnierzy do obozów
jenieckich. Już na początku oddzielili
mężczyzn i kobiety, upychając ich w ciężarówkach. Widziała, że gestapo nie
widzi w żołnierzach jeńców – traktowali ich, jakby z obrzydzeniem, widziała w
ich oczach taką złość. Jakby zabicie Armii Krajowej wszystko ułatwiało. „Ile
ziemia jest jeszcze w stanie pomieścić ludzkich ciał? Pewnie jeszcze bardzo
dużo, biorąc pod uwagę liczbę ludzi upchanych w jednej ciężarówce.” A tymczasem
mieli zostać potraktowani zgodnie z Konwencją Genewską. Żadnej przymusowej
pracy, z wyjątkiem prac gospodarskich, lekarz, lekcje… Prawa jeńców wojennych.
Wysiedli na dworcu. Z megafonu rozległ się głos. Szorstki,
nienawistny. PRZY KAŻDEJ PRÓBIE UCIECZKI STRZELAMY BEZ UPRZEDZENIA. „No tak. Jak
najszybciej wytępić wolę walki. Chcą zasiać strach, ale… w sercach żołnierzy?
Jaki to ma sens? Strzelali bez uprzedzenia już wcześniej , to przecież jasne,
że nie zawahają się tego zrobić i później.” Tak jak się spodziewała, kilka
starszych przełożonych przeniknęło do grupy młodszych żołnierek, by pomóc im i
zaopiekować się nimi. Duchowo, bo przecież nie wiedziała, gdzie znajduje się
Stalag VIC.
Żołnierki mimo wszystko zdziwiły się, gdy na peron
nadjechały wagony bydlęce. Szepty, pomrukiwania, że według Konwecji Genewskiej
powinny wyjechać normalnie, jak ludzie, myślały, że ciężarówki to kłopoty z
innym transportem… „Głupie! Czeka nas tam śmierć! Po co miałoby nam być
wygodnie. Jest wojna!” Ona też złościła się. Ale od pewnego czasu złościła się
nieustannie. Na początku odbyła się rewizja. Wszelka broń miała zostać oddana.
Zrobiła to z wielkim żalem, wszak miała ochotę jej użyć, ale swój ukochany
automat schowała, w skrytce pod jedną z obluzowanych desek w podłodze. Jeśli
będzie miała szczęście, znajdzie ją po wojnie, albo jakiś Polak w potrzebie
użyje jej w słusznej sprawie.
Podróż trwała kilka bardzo niewygodnych godzin. W wagonach
nie było gdzie usiąść, na jeden z nich przypadało co najmniej dwa razy zbyt
wiele kobiet. Mimo to niektóre z nich był w stanie wesoło śpiewać, opowiadać
dowcipy, snuć na głos marzenia, nawet się kłócić na mało znaczące tematy – byle
by podtrzymać siebie i koleżanki na duchu. Z tego co dowiedziała się później
wynikało, że około sześćset kobiet oddanych do niewoli jenieckiej było pomiędzy
15 a 20 rokiem życia, co stanowiło
dwadzieścia procent ich wszystkich. Dwadzieścia procent młodych dziewczyn,
które z powodzeniem mogły uciec nie mając przy tym palącego wyrzutu sumienia.
Musiały odnaleźć w sobie wielką siłę, by zostawić w miarę bezpieczny dom i
rzucić się w wir niebezpieczeństwa, gdzie błąd kosztował życie. A one miały
prawo do popełniania błędów. Wcielając się do AK, odrzuciły ten przywilej.
Jak głosiła tablica na następnym peronie, ich niewola miała
się odbyć w miejscowości Oberlagen, niedaleko granicy z Holandią. Nie widziały
wioski, następne ciężarówki wysadziły je wprost przed złowieszczą bramą podobną
do tych z obozów pracy przymusowej.
Dziewczyna we wciąż ciemnozielonym płaszczu usłyszała
okrzyki grozy i jęki zawodu. Nie tylko brama wyglądała jak wyjęta z obozów.
Błotnisty obszar, na którym z trudem stało siedem nędznych baraków. W pierwszym
rekonesansie mrj Jaga wykazała, że brak tu również ogrzewania i ciepłej wody.
Och, jakiż je tu czekał los!
Ustawiły się w dwuszeregu, nie pozbawią ich resztek
godności, co to, to nie! Dobrze zrobiły, bo chwilę później spoglądały już na
komendanta ich oflagu, gestapowca, którego niebieskich oczu nie zapomną do
końca życia. Tak samo jak wygrażania karabinem,
krzyków i wyzwisk. Od początku był wyjątkowo wredny i kłamliwy. Potrafił kusić,
przekonał kilka żołnierek, by przeniosły się do obozu pracy, w zamian za więcej
jedzenia i mieszkanie. A potem próbował siłą, zdzierając dystynkcje wojskowe z
mundurów. „Ty mały, wredny gestapowcu, nawet nie wiesz, jaką siłą dysponują
kobiety, którym odebrano wszystko. A do tego trafiłeś na harde kobiety wcielone
do wojska. Gorzej nie mogłeś!”
Pierwszą noc spędziły rozmawiając. W ciemnościach było widać
malutkie ognisko, które nie oświetlało praktycznie niczego. Nie polepszyło to
im humorów, poczuły się jeszcze bardziej bezradne wobec wszechogarniającej fali
nazizmu. Brak ogrzewania dał im się we
znaki, a prowizoryczne ogrzewanie stanowiły kawałki papierów, bardzo zniszczone
krzesło, deski wyłamywane z prycz, a nawet drewniane latryny (o niej dziewczyna
w zielonym płaszczu ułożyła piosenkę, po czym oddała ów płaszcz jakiejś chorej
kobiecie) i jakieś pozostałości po poprzednich mieszkańcach. Widać było, że
wobec nich również prowadzono politykę ekstremizmu, bo uschnięte drzewa miały
objedzoną korę. Wyjedzona była również trawa i wszystkie możliwe do zjedzenia
korzonki. Starały się nie nawet nie myśleć, jakie życie prowadzone ku zagładzie
musieli tu wieść więźniowie przed nimi.
- Uwaga, oflag VI C! Baczność!- Rewizja stanowiła część
codzienności jenieckiej. Jednak przyszła zima, a dziewczynom nie pozwolono się
nawet ubrać. Stały więc, na baczność, czekając na polecenia komendanta, śnieg
pozostawiał rany stopach a mróz zdawał się zamrażać nawet serca. Już w październiku
1944r. Oberlagen zostało wykreślone z listy obozów jenieckich, ze względu na
tragiczne warunki panujące w oflagu. Z płonącej w sercu odwagi Zofia
Majewiczowa, siostrzenica Marszałka Piłsudskiego zaintonowała piosenkę na
poczekaniu, aby uczynić tak, jak Bóg uczynił Kubie.
Choć wszędzie postawiłem straż
Latryny mam połowę Raz w jasną noc do
latryny
Zakradła się gromada
I ciągnie stamtąd desek trzy
Ach, czy to tak wypada?
Wszak latryna państwowy gmach
Ze swastyką na dachu
Wartownik wrzasnął och i ach
I zemdlał wnet ze strachu.
A gdy się ocknął
Pomknął w cwał
Hauptmana budzić w nocy
W Hauptmana dziki wstąpił szał
Że musiał wstać spod kocy
Więc za telefon chwyta wnet
Rozmowa alarmowa
I do Berlina daleko het
Odzywa się w te słowa: Najdroższy
Fuhrerze nasz
Od trosk już tracę głowę
Choć wszędzie postawiłem straż
Latryny mam połowę*
„Może powinno ujść mojej uwadze,
że nasz śmiech z każdym dniem staje się, powoli, ale jednak, nieco szalony.
Cieszmy się. Niemal zapomniałam, że trwa wojna.”
Okrężną drogą, przez inne obozy, do stalagu VIC przysyłano
paczki z żywnością od MCK. Zawsze z radością je przyjmowały, a niekiedy nawet
wysyłały listy do rodzin. Nie żaliły się, najważniejsze było to, że nie zostały
postawione przed plutonem egzekucyjnym. Miały parszywe szczęście. Naziści
poszli niezwykle na rękę, pozwalając prowadzić różne działalności. Na przykład
uczyć się. Było to ich jenieckie prawo, ale w Oberlagen respektowano zaledwie
kilka z nich.
Urządzano więc lekcje matematyki, historii, fizyki. Nawet
astronomia została wzięta pod lupę. Kobiety nigdy nie odrzucą możliwości
dokształcenia się. Tak też lekcje stały się niezwykle popularne, a wkrótce
kilka z nich urządziło też wieczorek poetycki. Grupa rozrosła się do tego
stopnia, że zaczęto organizować przedstawienia teatralne i sztuki baletowe.
Niemcy starali się usilnie nękać patriotki, jeśli nie w
sposób fizyczny, to przynajmniej psychiczny. Robili to tak zapamiętale, z taką
namiętnością, że nieraz udawało się im przedobrzyć i zamiast potępić zniewolony
oddział wojsk polskich, tylko się ośmieszali. Na przykład uwielbiali przerywać
przedstawienia. Podczas wystawiania
„Królewny Śnieżki” jeden z gestapowców wtargnął na scenę i od razu zaczął
wydzierać się na jednego z krasnoludków, oskarżając o kradzież chleba. Była to
sytuacja tak absurdalna, krasnoludek zapomniał jaką kwestię miał właśnie
wypowiedzieć. Zamiast grozy, nazista obudził Królewnę i tym sposobem stał się
Księciem-Z-Przypadku. „Kto by pomyślał, że Treiber nadaje się na Księcia! Może
gdyby nie był gestapo… Raczej gdyby nie było wojny. Zapisałybyśmy go do kółka!”
Dziewczyna bez zielonego płaszcza doskonale radziła sobie w
każdej sytuacji. Nawet takiej, w której została przyłapana na szyciu
biało-czerwonych flag. Została surowo ukarana, ale przeżyła. Pewnie dzięki
wciąż zmieniającej się sytuacji na froncie. Rankiem 6 lutego, kobiety usłyszały
coś, czego nie słyszały od dawna. Rumor przedsmaku prawdziwej wojny! Dwa
alianckie samoloty myśliwskie ostrzelały stalag w Molsdorfie. Gen. „Żaczek”
zginęła, dostając kulę w brzuch i kręgosłup. Szesnaście innych kobiet zostało
rannych. Niemcy jednak wszystko umieli wykorzystywać propagandowo. Pochowali
gen. „Żaczek” z honorami. Patriotki mrużyły tylko oczy, gdy naziści oddali
salwę honorową, gdy przybyły wieńce z Wermahtu i Włoch. Oczywiście, wszystko
pod okiem kamery, skwapliwie rejestrującej krokodyle zły tych panów. Później
wszyscy mogli zobaczyć jak „wspaniałomyślni” i „honorowi” są przyszli panowie
świata.
Przyszli, ale niedoszli. W
ostatnich dniach regularnej wojny Niemcy wręcz zabiegali o to, żeby jeńcy
mówili o nich jak najlepiej. Dawali klucze do magazynów, żeby zobaczyły, że są
puste. Pozwalali chodzić do bauerów, kupować u nich ziemniaki i chleb. Bardzo
starali się zyskać w oczach patriotek. Wiedzieli, że wszystko się wali. Ich
dniem sądu był 12 kwietnia. Bardziej dokładnie okolice godziny osiemnastej.
Polski czołgista z dywizji gen. Maczka wyzwolił oflag Oberlagen. Gdy wyszedł z
pokładu był tak umorusany, że jedna z żołnierek zagadała do niego po angielsku.
Jego zdziwienie było wyjątkowo polskie, więc pomyłka szybko się wyjaśniła. Tak
częste myśli o zemście ziściły się: znienawidzony Treiber dostał kulę w łeb. A
komendant szybko się poddał. Teraz to on był w niewoli.
Zwarte i gotowe znów ustawiły się
w szeregu. Znów chciały walczyć, chociaż były w fatalnym stanie. Były
przekonane, że to nie koniec wojny. Jednak płk Stanisław Koszustki przyjął ze
spokojem raport od por. Marii Milewskiej już po wyzwoleniu obozu.
A Dziewczyna w zielonym płaszczu?
Ona mogła być każdą z nich. Jedną z setek. Jej losy są wspólnymi losami
bohaterek wojny, która się skończyła. Pomyślmy czasem, co mogły czuć, a staje
się to łatwiejszym zadaniem, gdy usłyszymy smutną mamrotaną, to znów
wykrzykiwaną z grymasem na twarzy piosenkę:
Wokoło moczary, dzikie
pustkowia
W sercu apatia, tęsknota
wre
Że nam smutno
Nikt się nie dowie
Że serce płacze, że jest
źle
Już idzie mięta, pijmy
dziewczęta, utopmy troski w blaszanki dnie
Choćbyśmy chciały, nikt
się nie dowie
Jak źle w stalagu VIC**
Kaitsu
Obydwa
teskty piosenek są zaczerpnięte ze wspomnień żołnierek rzeczywiście
przebywających w stalagu Oberlagen. Wspomniane wydarzenia pochodzą jednak z
dwóch stalagów, wspomnianego oraz oflagu Molsdorf. Akcja dziejąca się w
Warszawie została zaczerpnięta ze wspomnień łączniczki. Osoby wspomniane z nazwiska
lub imienia istniały naprawdę. Jedynie główna bohaterka to fikcyjny, acz
symboliczny, profil psychologiczny.
wtorek, 20 listopada 2012
Jan i Małgorzata
Dziś wieczór
wracam do baśni, podań i legend. Pisarze często ukrywali w nich
przesłanie dla człowieka jako takiego –starego i młodego. Taką
mądrość nazywamy morałem, puentą. Zawiera treści uniwersalne i
ponadczasowe. Istnieje wiele wersji jednej opowiastki a zależnie na
której się dziecko wychowa, tak morał widzi.
Uśmiech to dobra
rzecz. Pokaże i ukryje. Pomoże i zaszkodzi. Uśmiech
osoby obdarowanej jest skarbem lub dobrą puentą.
Jak dorośli widzą bajki? Jako potencjalny usypiacz ich pociech? Nie
wiem. Jestem dzieckiem. Dla mnie oni to bajka. Słyszeć o nich, nie
tylko o tym co wydarzyło się kilka lub kilkanaście lat temu, może
być o tym co wydarzyło się przed chwilą. To jest nauka.
Nauczyciel, który daje nam kawałek siebie, chcemy o nim opowiadać
i przekazywać innym. Bo co, bo wydaje się nam śmieszna bądź
tragiczna? Nie.
To o Tobie mówi bajka
Czuję się częścią historii,
którą ktoś mi opowiedział. To budujące. Niewielu jest ludzi z
wybitnym talentem do pisania bądź opowiadania historii. A jednak
wszyscy to robią. O nas bajka mówi, bo my mówimy o niej, choćbyśmy
byli tylko w jednym zdaniu a
wielu przekazywało wieść o tym dalej,
to róbmy to. Jesteśmy bajką.
Wróżka sypnęła magicznym pyłem, świat przysłoniła złota
poświata i odtąd zaczęła się historia.
Słońce z nową energią wspięło się ponad lazurowy ocean.
Delfiny, radosne stworzenia, zabawiały się skacząc ponad wodę.
Łagodne podmuchy podzwrotnikowych wiatrów zaniosły ciepłe
powietrze wprost do okna sypialnii Jana. O właściwie nie była
sypialnia. To były wszystkie możliwe pokoje w jednym, dwóch
pomieszczeniach. Jan Zamoyski mieszkał w małym domku pokrytym
strzechą. Mieszkanko ani nie wyglądało bezpiecznie, ani takie nie
było. Sprawiało wrażenie, jakby chwiało się a za chwilę miało
się zawalić przy mocniejszym powiewie nieco mniej przyjaznego
wiatru. Ale Jana nie zrażała konstrukcja chatki, którą sam
zbudował. Najważniejsze, że znajdowała się na najspokojniejszej
i najpiękniejszej plaży jaką widział. Nie znajdą go tu żadne
radary, wyspy nie ma również na mapie.
Jakby to, że jest najbardziej poszukiwanym przestępcą w Europie
nie miało najmniejszego znaczenia.
Tutaj czas nie istniał. Były tylko wschody i zachody słońca, Jan
po roku przestał liczyć dni i godziny. Na nic nie czekał, nie miał
żadnych zobowiązań. Posiadał jedyną białą koszulę, którą
przestał nosić, gdy tylko odkrył, że stanowi doskonałą
moskitierę. Może trochę zbyt małą, ale okienko zawsze można
zmniejszyć. Dla mnie to nie do pomyślenia. Muszę dziś zamknąć
okno, jutro wymienić moskitierę na większą. Człowiekowi z wyspy
po świecie w którym się urodził został tylko ojczysty język. W
tym języku śpiewał chwaląc życie samotnika otoczonego
towarzystwem zwierząt. Zasypiał i budził się szczęśliwy. Z dala
od wszystkiego co kochała Małgorzata.
- Rozpiera mnie dziś energia! - krzyczał telewizor w malutkiej restauracji. Pani Małgorzata Sapiecha z ironicznym uśmieszkiem błąkającym się po niegdyś pięknych ustach obdarzała wszystkich: od telewizora po prezydenta. Już widać, że Gośka to kobieta sukcesu? Nie? A jeśli powiem, że zna się na markach aut, ma ich kilka, na różne okazje, ba, sama na nie zarabia, podobnie jak na cotygodniową kosmetyczkę, manikiur, pedikiur, najnowsze blendery, inne pierdółki i sprzątaczkę, to już widać? Jak przez mgłę? Co miesiąc zapraszana jest na bale charytatywne, oczywiście, że w sukienkach z najnowszych kolekcji? No teraz to już pełną gębą.
Małgorzata dopiero za drzwiami swojej sypialni jest Gośką. Rzuca
szpilki w kąt, włącza po raz setny Titanica z pudełkiem lodów
czekoladowych w ręku. Powoli jej oczy robią się wilgotne. Do
piosenki Celine Dione nie wytrzymuje i zanosi się bezgłośnym
płaczem. Twarz skrzywia tragiczny grymas krzyku, który nigdy nie
przetnie obezwładniającej ciszy. Trwa tak przez kilka minut. One
nie wydawały się wiecznością, one nią były, ale tylko w tych
krótkich chwilach pozwalała im się uzewnętrznić. Tak zasypia.
Bezradna w tym bogactwie. Zagubiona w świecie, który zna lepiej niż
fabułę Titanica. Od ilu to już lat? . Nie potrafi już liczyć
lat, choć jej praca miała mieć charakter długofalowy. Inwestycja
na lata, potem miała wrócić na wieś, wyjść za mąż i żyć,
wreszcie żyć bez trosk. Nigdy nie doczekała się powrotu. Wrosła,
jej sukces okazał się być jej łańcuchem. Awans po awansie, ładna
buzia (pomógł plastyk), zgrabne nogi, jakaś tam inteligencja i
niesamowita wręcz intuicja, pozwalająca obrócić się we właściwą
stronę o właściwym czasie. W ten sposób dostała się na swój
szczyt kariery. Pani dyrektor Sapiecha, szycha w swojej branży
wiedziała jak wydać książkę. Emblemat jej wydawnictwa widniał
na książkach nie tylko najwybitniejszych autorów, to autorzy
stawali się bardziej wyraziści, dzięki małemu znaczkowi na
grzbiecie powieści. Wybierała tylko najlepsze, miała nos krytyka
kulinarnego, wzrok grafika. Czasem mówiła o książkach jak o
muzyce duszy, nigdy nie jednakowej.
Zakładając małe wydawnictwo zaciągnęła spore długi na sprzęt
i lokal. Jednak pasja czytania coraz to nowych tytułów i grono
przyjaciół wspomagających ją w tym wręcz szalonym
przedsięwzięciu dawała jej to coś. A właściwie COŚ, bo to była
hybryda łącząca opór, zaangażowanie, wiarę i trochę pieniędzy
na rozkręcenie interesu. Początkowo do późna przesiadywała na
stosunkowo dużym poddaszu i czytała, zanurzała się i tonęła, a
kiedy już całkowicie traciła świadomość była zupełnie kimś
innym, głównym bohaterem lub narratorem. Kiedy delikatnie
przewracała ostanie stronnice maszynopisów, jej nogi same
znajdowały wyjście na balkonik. Tam oglądała gwiazdy. Piękne
konstelacje, urzekały ją także dlatego, że zupełnie nic o nich
nie wiedziała. Przez życie kierowała się wieloma zasadami a jedna
z nich mówiła, że nie trzeba wiedzieć wszystkiego. Chociaż z
wiedzą była od zawsze za pan brat, dawała swoim przyjaciołom
dojść do głosu, coś opowiedzieć, czegoś ją nauczyć. Wtedy oni
mieli satysfakcję, że Małgorzata, ach, ta mądra Małgorzata, jest
zainteresowana, że są jej równi. A ona miała czas poprzyglądać
się człowiekowi, pocieszyć się jego radością, tymi iskierkami w
oczach, towarzyszącym często bardzo dobrej opowieści o pasji,
marzeniu, czymś niezwykle istotnym.
Na strychu rozmyślała nad tematem powieści, płynności i stylu.
Często zasypiała o świcie, i to wcale nie w łóżku a w fotelu,
jedynym wygodnym meblu w tej spartańskiej pracowni.
-Nienawidzę przypływów. - Chatkę znów poderwało. Kolejny
przypływ, kolejna nieprzemyślana budowla. Łódka już dawno
popłynęła w siną dal, więc o szukaniu koszuli nawet nie ma co
marzyć. Oczywiście mógłby taką łódkę zbudować, ale nie miał
narzędzi. O kolejną koszulę, będzie bardzo trudno, jeśli to nie
jest niemożliwe. Najlepsza alternatywa koszuli? Długie liście
bananowca. Albo brak okna.
Zalanie starej siedziby, pozwoliło na zbudowanie drugiej, którą
tym razem wybrał jednak w innym miejscu, bo nabrzeże już mu się
znudziło. Przeniósł drobne drzewka powalone przez wiatr i stworzył
z nich konstrukcję malutkiego mieszkanka. Na szczęście w ostatniej
chwili przypomniał sobie o drzwiach, więc nie wybudował sobie sam
małego więzienia.
Wyspa nawet dla niego była tajemnicą. Nigdy nie zagłębił się w
jej czeluścia, nigdy nie czuł do tego pociągu. Miała w sobie coś
tajemniczego, napawającego uczuciem strasznej tajemnicy. Im bliżej
wybrzeża, tym wydawał mu się weselsza. Szanował kawałek tej
ziemi, którą mu ofiarowała i to chyba dlatego nic złego mu się
jeszcze nie stało. Nie umarł z głodu, zimna, pragnienia, gorąca
ani niebezpieczeństwa.
Człowiek ma pociąg do nazywania. Jest to naturalna kolej rzeczy, że
sami wybieramy jak coś lub ktoś będzie przez nas nazywamy, choć
może to być bliskie albo wręcz identyczne z tysiącami innych
ludzi. Jan nie chciał nazywać wyspy Wyspą. Wolał coś innego, coś
co bardziej odzwierciedlało by jej charakter.
Nibylandia. Ta dziecięca
nazwa znana mu z lat, gdy był jeszcze młody i niewinny. Dosłownie
niewinny, bo do tego czasu jego kartoteka potrzebowała oddzielnej
szafki. Gdzie się nie ruszył łamał prawo ustanowione przez
brytyjską królową i jej parlament. Dlaczego nie mógł się
zmieścić w ramach prawa? Był pewien, że znalezienie normalnej
pracy i założenie normalnej rodziny to nie byłby wielki problem. A
jednak on nie był normalny i nie chciał normalnie żyć. Kradł
więc tak, żeby go zauważono, grał na giełdzie, okradał kasyna,
czynił rozboje w biały dzień. A potem kradł samochód i jechał
hen, w dal dopóki nie dogoniła go policja. Jednak żadnego wyroku w
pełni nie odsiedział. Pokazywał biurokrację tu i teraz wręczając
liczne łapówki. Trochę to trwało, zanim doszukał się wśród
policjantów takiego, co by wziął. Jednak zawsze się udawało. W
każdym większym mieście, w różnych stanach i krajach pieniądze
brały górę nad jednym lub dwoma stróżami prawa, mecenasami,
sędziami, ofiarami jego przestępstw. A Nibylandia była krwawa,
niebezpieczna i niewinna. Tworzyła ją walka między dobrem a złem
i dzięki temu była tak czysta, bez skazy. Nie da się powiedzieć,
że świat w którym zła nie ma w ogóle jest dobrym światem.
Takiego miejsca nie ma, nawet ludzkiej i nieludzkiej wyobraźni. On
starał się tworzyć taki świat. Tworzył zło, ujawniał je, karał
za nie. W jaki sposób? Każde przestępstwo dokumentował, a kiedy
upewnił się, że przepadł jak kamień w wodę, dowody wysyłał na
adres każdej placówki karnej i sądowej jaką znalazł. Zdrajcy
wpadali zawsze.
-A teraz podsmażamy... i ostrożnie wyciągamy na talerz, uważając,
aby kabaczek się nie rozpadł. Polewamy wcześniej przygotowanym
sosem... i bon apetit! - Wesoły uśmiech zdecydowanie zbyt chudej
kucharki telewizyjnej wydawał się podejrzany. Małgorzata szukając
przepisu na pyszne danie postanowiła poszukać w starych przepisach
babci. Zaprosiła kilkoro przyjaciół na swoje trzydzieste urodziny
i chciała chociaż raz coś ugotować.
Kabaczek się rozpadł. Już piąty z kolei! Gotować każdy może,
ale nie każdy powinien. Składniki drżały w jej dłoniach, cięcia
wychodziły grube i niezgrabne, a zapach... Nigdy więcej.
- Włoska restauracja Oasi, słucham?
- Chciałbym zamówić pięć dań z waszej karty, porcje dla czterech osób. Nieważne jakich dań.
- Mamy do dyspozycji...
- Nieważne. Liczy się jakość i szybkość dostarczenia pod Wileńską 33.
- Ach... - kobieta po drugiej stronie słuchawki zamarła w bezruchu. Jeszcze nigdy nie dostała takiego zamówienia. Szef chyba się popłacze ze szczęścia, albo ona się popłacze, bo on jej nie zwolni. - Czy mogę zaproponować coś do picia?
- Przydałby się sok. Dobrany do dań. Liczę na profesjonalizm. Do usłyszenia.
Włochy... piękne
miejsca, magiczne. Za każdym razem coś przeszkadzało jej jednak
w... jej odczuciu czarów. Może ich nie ma? Niemożliwe. Małgorzata
całe życie wierzyła w magię. Bo jest magiczna. Bo ją ujarzmia. I
wyzwala. Łączy a jednocześnie rozdziera. Boleśnie. Kojąco.
Kobiety są
zmienne.
Mężczyźni? W
tym przypadku nigdy. Silny wiatr wiał tej nocy na wyspie. Księżyc
był jasnym sierpem Demeter. Z zatoki doskonale słychać było
syreni śpiew. Przypominał wycie wiatru i fale rozbijające się o
brzeg. Widać było mrugającą rozmowę gwiazd. Nikt nie widział
wewnętrznej walki jednego, słabego człowieka.
Wróci? Umrze
na wyspie?
Tej nocy gwiazdy spoglądały na ważniejsze wydarzenie. Jan również
je widział. Stał i patrzył jak z frachtowca wylewa się ropa, jak
tworzy wielką kałużę na wodzie. Jak statek z krzykiem załogi
zatrzymuje się i patrzył nawet wtedy, kiedy zdezorientowany kapitan
wyjrzał przez mostek kapitański, potem przechylił się przez
burtę, jakby to co oglądał było ciekawym widowiskiem, a nie
katastrofą biologiczną. Marynarze podnieśli ton. Wymachiwali przy
tym pięściami, chcąc ustalić kto zawinił. Jeśli nikt się nie
przyzna, wszyscy stracą pracę. Większość z nich ledwo ukończyła
szkołę marynarską, albo zatrudniono ich w ramach pomywaczy na wzór
dawnych korsarzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)