Jan i Małgorzata
Dziś wieczór
wracam do baśni, podań i legend. Pisarze często ukrywali w nich
przesłanie dla człowieka jako takiego –starego i młodego. Taką
mądrość nazywamy morałem, puentą. Zawiera treści uniwersalne i
ponadczasowe. Istnieje wiele wersji jednej opowiastki a zależnie na
której się dziecko wychowa, tak morał widzi.
Uśmiech to dobra
rzecz. Pokaże i ukryje. Pomoże i zaszkodzi. Uśmiech
osoby obdarowanej jest skarbem lub dobrą puentą.
Jak dorośli widzą bajki? Jako potencjalny usypiacz ich pociech? Nie
wiem. Jestem dzieckiem. Dla mnie oni to bajka. Słyszeć o nich, nie
tylko o tym co wydarzyło się kilka lub kilkanaście lat temu, może
być o tym co wydarzyło się przed chwilą. To jest nauka.
Nauczyciel, który daje nam kawałek siebie, chcemy o nim opowiadać
i przekazywać innym. Bo co, bo wydaje się nam śmieszna bądź
tragiczna? Nie.
To o Tobie mówi bajka
Czuję się częścią historii,
którą ktoś mi opowiedział. To budujące. Niewielu jest ludzi z
wybitnym talentem do pisania bądź opowiadania historii. A jednak
wszyscy to robią. O nas bajka mówi, bo my mówimy o niej, choćbyśmy
byli tylko w jednym zdaniu a
wielu przekazywało wieść o tym dalej,
to róbmy to. Jesteśmy bajką.
Wróżka sypnęła magicznym pyłem, świat przysłoniła złota
poświata i odtąd zaczęła się historia.
Słońce z nową energią wspięło się ponad lazurowy ocean.
Delfiny, radosne stworzenia, zabawiały się skacząc ponad wodę.
Łagodne podmuchy podzwrotnikowych wiatrów zaniosły ciepłe
powietrze wprost do okna sypialnii Jana. O właściwie nie była
sypialnia. To były wszystkie możliwe pokoje w jednym, dwóch
pomieszczeniach. Jan Zamoyski mieszkał w małym domku pokrytym
strzechą. Mieszkanko ani nie wyglądało bezpiecznie, ani takie nie
było. Sprawiało wrażenie, jakby chwiało się a za chwilę miało
się zawalić przy mocniejszym powiewie nieco mniej przyjaznego
wiatru. Ale Jana nie zrażała konstrukcja chatki, którą sam
zbudował. Najważniejsze, że znajdowała się na najspokojniejszej
i najpiękniejszej plaży jaką widział. Nie znajdą go tu żadne
radary, wyspy nie ma również na mapie.
Jakby to, że jest najbardziej poszukiwanym przestępcą w Europie
nie miało najmniejszego znaczenia.
Tutaj czas nie istniał. Były tylko wschody i zachody słońca, Jan
po roku przestał liczyć dni i godziny. Na nic nie czekał, nie miał
żadnych zobowiązań. Posiadał jedyną białą koszulę, którą
przestał nosić, gdy tylko odkrył, że stanowi doskonałą
moskitierę. Może trochę zbyt małą, ale okienko zawsze można
zmniejszyć. Dla mnie to nie do pomyślenia. Muszę dziś zamknąć
okno, jutro wymienić moskitierę na większą. Człowiekowi z wyspy
po świecie w którym się urodził został tylko ojczysty język. W
tym języku śpiewał chwaląc życie samotnika otoczonego
towarzystwem zwierząt. Zasypiał i budził się szczęśliwy. Z dala
od wszystkiego co kochała Małgorzata.
- Rozpiera mnie dziś energia! - krzyczał telewizor w malutkiej restauracji. Pani Małgorzata Sapiecha z ironicznym uśmieszkiem błąkającym się po niegdyś pięknych ustach obdarzała wszystkich: od telewizora po prezydenta. Już widać, że Gośka to kobieta sukcesu? Nie? A jeśli powiem, że zna się na markach aut, ma ich kilka, na różne okazje, ba, sama na nie zarabia, podobnie jak na cotygodniową kosmetyczkę, manikiur, pedikiur, najnowsze blendery, inne pierdółki i sprzątaczkę, to już widać? Jak przez mgłę? Co miesiąc zapraszana jest na bale charytatywne, oczywiście, że w sukienkach z najnowszych kolekcji? No teraz to już pełną gębą.
Małgorzata dopiero za drzwiami swojej sypialni jest Gośką. Rzuca
szpilki w kąt, włącza po raz setny Titanica z pudełkiem lodów
czekoladowych w ręku. Powoli jej oczy robią się wilgotne. Do
piosenki Celine Dione nie wytrzymuje i zanosi się bezgłośnym
płaczem. Twarz skrzywia tragiczny grymas krzyku, który nigdy nie
przetnie obezwładniającej ciszy. Trwa tak przez kilka minut. One
nie wydawały się wiecznością, one nią były, ale tylko w tych
krótkich chwilach pozwalała im się uzewnętrznić. Tak zasypia.
Bezradna w tym bogactwie. Zagubiona w świecie, który zna lepiej niż
fabułę Titanica. Od ilu to już lat? . Nie potrafi już liczyć
lat, choć jej praca miała mieć charakter długofalowy. Inwestycja
na lata, potem miała wrócić na wieś, wyjść za mąż i żyć,
wreszcie żyć bez trosk. Nigdy nie doczekała się powrotu. Wrosła,
jej sukces okazał się być jej łańcuchem. Awans po awansie, ładna
buzia (pomógł plastyk), zgrabne nogi, jakaś tam inteligencja i
niesamowita wręcz intuicja, pozwalająca obrócić się we właściwą
stronę o właściwym czasie. W ten sposób dostała się na swój
szczyt kariery. Pani dyrektor Sapiecha, szycha w swojej branży
wiedziała jak wydać książkę. Emblemat jej wydawnictwa widniał
na książkach nie tylko najwybitniejszych autorów, to autorzy
stawali się bardziej wyraziści, dzięki małemu znaczkowi na
grzbiecie powieści. Wybierała tylko najlepsze, miała nos krytyka
kulinarnego, wzrok grafika. Czasem mówiła o książkach jak o
muzyce duszy, nigdy nie jednakowej.
Zakładając małe wydawnictwo zaciągnęła spore długi na sprzęt
i lokal. Jednak pasja czytania coraz to nowych tytułów i grono
przyjaciół wspomagających ją w tym wręcz szalonym
przedsięwzięciu dawała jej to coś. A właściwie COŚ, bo to była
hybryda łącząca opór, zaangażowanie, wiarę i trochę pieniędzy
na rozkręcenie interesu. Początkowo do późna przesiadywała na
stosunkowo dużym poddaszu i czytała, zanurzała się i tonęła, a
kiedy już całkowicie traciła świadomość była zupełnie kimś
innym, głównym bohaterem lub narratorem. Kiedy delikatnie
przewracała ostanie stronnice maszynopisów, jej nogi same
znajdowały wyjście na balkonik. Tam oglądała gwiazdy. Piękne
konstelacje, urzekały ją także dlatego, że zupełnie nic o nich
nie wiedziała. Przez życie kierowała się wieloma zasadami a jedna
z nich mówiła, że nie trzeba wiedzieć wszystkiego. Chociaż z
wiedzą była od zawsze za pan brat, dawała swoim przyjaciołom
dojść do głosu, coś opowiedzieć, czegoś ją nauczyć. Wtedy oni
mieli satysfakcję, że Małgorzata, ach, ta mądra Małgorzata, jest
zainteresowana, że są jej równi. A ona miała czas poprzyglądać
się człowiekowi, pocieszyć się jego radością, tymi iskierkami w
oczach, towarzyszącym często bardzo dobrej opowieści o pasji,
marzeniu, czymś niezwykle istotnym.
Na strychu rozmyślała nad tematem powieści, płynności i stylu.
Często zasypiała o świcie, i to wcale nie w łóżku a w fotelu,
jedynym wygodnym meblu w tej spartańskiej pracowni.
-Nienawidzę przypływów. - Chatkę znów poderwało. Kolejny
przypływ, kolejna nieprzemyślana budowla. Łódka już dawno
popłynęła w siną dal, więc o szukaniu koszuli nawet nie ma co
marzyć. Oczywiście mógłby taką łódkę zbudować, ale nie miał
narzędzi. O kolejną koszulę, będzie bardzo trudno, jeśli to nie
jest niemożliwe. Najlepsza alternatywa koszuli? Długie liście
bananowca. Albo brak okna.
Zalanie starej siedziby, pozwoliło na zbudowanie drugiej, którą
tym razem wybrał jednak w innym miejscu, bo nabrzeże już mu się
znudziło. Przeniósł drobne drzewka powalone przez wiatr i stworzył
z nich konstrukcję malutkiego mieszkanka. Na szczęście w ostatniej
chwili przypomniał sobie o drzwiach, więc nie wybudował sobie sam
małego więzienia.
Wyspa nawet dla niego była tajemnicą. Nigdy nie zagłębił się w
jej czeluścia, nigdy nie czuł do tego pociągu. Miała w sobie coś
tajemniczego, napawającego uczuciem strasznej tajemnicy. Im bliżej
wybrzeża, tym wydawał mu się weselsza. Szanował kawałek tej
ziemi, którą mu ofiarowała i to chyba dlatego nic złego mu się
jeszcze nie stało. Nie umarł z głodu, zimna, pragnienia, gorąca
ani niebezpieczeństwa.
Człowiek ma pociąg do nazywania. Jest to naturalna kolej rzeczy, że
sami wybieramy jak coś lub ktoś będzie przez nas nazywamy, choć
może to być bliskie albo wręcz identyczne z tysiącami innych
ludzi. Jan nie chciał nazywać wyspy Wyspą. Wolał coś innego, coś
co bardziej odzwierciedlało by jej charakter.
Nibylandia. Ta dziecięca
nazwa znana mu z lat, gdy był jeszcze młody i niewinny. Dosłownie
niewinny, bo do tego czasu jego kartoteka potrzebowała oddzielnej
szafki. Gdzie się nie ruszył łamał prawo ustanowione przez
brytyjską królową i jej parlament. Dlaczego nie mógł się
zmieścić w ramach prawa? Był pewien, że znalezienie normalnej
pracy i założenie normalnej rodziny to nie byłby wielki problem. A
jednak on nie był normalny i nie chciał normalnie żyć. Kradł
więc tak, żeby go zauważono, grał na giełdzie, okradał kasyna,
czynił rozboje w biały dzień. A potem kradł samochód i jechał
hen, w dal dopóki nie dogoniła go policja. Jednak żadnego wyroku w
pełni nie odsiedział. Pokazywał biurokrację tu i teraz wręczając
liczne łapówki. Trochę to trwało, zanim doszukał się wśród
policjantów takiego, co by wziął. Jednak zawsze się udawało. W
każdym większym mieście, w różnych stanach i krajach pieniądze
brały górę nad jednym lub dwoma stróżami prawa, mecenasami,
sędziami, ofiarami jego przestępstw. A Nibylandia była krwawa,
niebezpieczna i niewinna. Tworzyła ją walka między dobrem a złem
i dzięki temu była tak czysta, bez skazy. Nie da się powiedzieć,
że świat w którym zła nie ma w ogóle jest dobrym światem.
Takiego miejsca nie ma, nawet ludzkiej i nieludzkiej wyobraźni. On
starał się tworzyć taki świat. Tworzył zło, ujawniał je, karał
za nie. W jaki sposób? Każde przestępstwo dokumentował, a kiedy
upewnił się, że przepadł jak kamień w wodę, dowody wysyłał na
adres każdej placówki karnej i sądowej jaką znalazł. Zdrajcy
wpadali zawsze.
-A teraz podsmażamy... i ostrożnie wyciągamy na talerz, uważając,
aby kabaczek się nie rozpadł. Polewamy wcześniej przygotowanym
sosem... i bon apetit! - Wesoły uśmiech zdecydowanie zbyt chudej
kucharki telewizyjnej wydawał się podejrzany. Małgorzata szukając
przepisu na pyszne danie postanowiła poszukać w starych przepisach
babci. Zaprosiła kilkoro przyjaciół na swoje trzydzieste urodziny
i chciała chociaż raz coś ugotować.
Kabaczek się rozpadł. Już piąty z kolei! Gotować każdy może,
ale nie każdy powinien. Składniki drżały w jej dłoniach, cięcia
wychodziły grube i niezgrabne, a zapach... Nigdy więcej.
- Włoska restauracja Oasi, słucham?
- Chciałbym zamówić pięć dań z waszej karty, porcje dla czterech osób. Nieważne jakich dań.
- Mamy do dyspozycji...
- Nieważne. Liczy się jakość i szybkość dostarczenia pod Wileńską 33.
- Ach... - kobieta po drugiej stronie słuchawki zamarła w bezruchu. Jeszcze nigdy nie dostała takiego zamówienia. Szef chyba się popłacze ze szczęścia, albo ona się popłacze, bo on jej nie zwolni. - Czy mogę zaproponować coś do picia?
- Przydałby się sok. Dobrany do dań. Liczę na profesjonalizm. Do usłyszenia.
Włochy... piękne
miejsca, magiczne. Za każdym razem coś przeszkadzało jej jednak
w... jej odczuciu czarów. Może ich nie ma? Niemożliwe. Małgorzata
całe życie wierzyła w magię. Bo jest magiczna. Bo ją ujarzmia. I
wyzwala. Łączy a jednocześnie rozdziera. Boleśnie. Kojąco.
Kobiety są
zmienne.
Mężczyźni? W
tym przypadku nigdy. Silny wiatr wiał tej nocy na wyspie. Księżyc
był jasnym sierpem Demeter. Z zatoki doskonale słychać było
syreni śpiew. Przypominał wycie wiatru i fale rozbijające się o
brzeg. Widać było mrugającą rozmowę gwiazd. Nikt nie widział
wewnętrznej walki jednego, słabego człowieka.
Wróci? Umrze
na wyspie?
Tej nocy gwiazdy spoglądały na ważniejsze wydarzenie. Jan również
je widział. Stał i patrzył jak z frachtowca wylewa się ropa, jak
tworzy wielką kałużę na wodzie. Jak statek z krzykiem załogi
zatrzymuje się i patrzył nawet wtedy, kiedy zdezorientowany kapitan
wyjrzał przez mostek kapitański, potem przechylił się przez
burtę, jakby to co oglądał było ciekawym widowiskiem, a nie
katastrofą biologiczną. Marynarze podnieśli ton. Wymachiwali przy
tym pięściami, chcąc ustalić kto zawinił. Jeśli nikt się nie
przyzna, wszyscy stracą pracę. Większość z nich ledwo ukończyła
szkołę marynarską, albo zatrudniono ich w ramach pomywaczy na wzór
dawnych korsarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz