wtorek, 20 listopada 2012


Jan i Małgorzata

Dziś wieczór wracam do baśni, podań i legend. Pisarze często ukrywali w nich przesłanie dla człowieka jako takiego –starego i młodego. Taką mądrość nazywamy morałem, puentą. Zawiera treści uniwersalne i ponadczasowe. Istnieje wiele wersji jednej opowiastki a zależnie na której się dziecko wychowa, tak morał widzi.

Uśmiech to dobra rzecz. Pokaże i ukryje. Pomoże i zaszkodzi. Uśmiech osoby obdarowanej jest skarbem lub dobrą puentą.
Jak dorośli widzą bajki? Jako potencjalny usypiacz ich pociech? Nie wiem. Jestem dzieckiem. Dla mnie oni to bajka. Słyszeć o nich, nie tylko o tym co wydarzyło się kilka lub kilkanaście lat temu, może być o tym co wydarzyło się przed chwilą. To jest nauka. Nauczyciel, który daje nam kawałek siebie, chcemy o nim opowiadać i przekazywać innym. Bo co, bo wydaje się nam śmieszna bądź tragiczna? Nie.
To o Tobie mówi bajka
Czuję się częścią historii, którą ktoś mi opowiedział. To budujące. Niewielu jest ludzi z wybitnym talentem do pisania bądź opowiadania historii. A jednak wszyscy to robią. O nas bajka mówi, bo my mówimy o niej, choćbyśmy byli tylko w jednym zdaniu a wielu przekazywało wieść o tym dalej, to róbmy to. Jesteśmy bajką.
Wróżka sypnęła magicznym pyłem, świat przysłoniła złota poświata i odtąd zaczęła się historia.
Słońce z nową energią wspięło się ponad lazurowy ocean. Delfiny, radosne stworzenia, zabawiały się skacząc ponad wodę. Łagodne podmuchy podzwrotnikowych wiatrów zaniosły ciepłe powietrze wprost do okna sypialnii Jana. O właściwie nie była sypialnia. To były wszystkie możliwe pokoje w jednym, dwóch pomieszczeniach. Jan Zamoyski mieszkał w małym domku pokrytym strzechą. Mieszkanko ani nie wyglądało bezpiecznie, ani takie nie było. Sprawiało wrażenie, jakby chwiało się a za chwilę miało się zawalić przy mocniejszym powiewie nieco mniej przyjaznego wiatru. Ale Jana nie zrażała konstrukcja chatki, którą sam zbudował. Najważniejsze, że znajdowała się na najspokojniejszej i najpiękniejszej plaży jaką widział. Nie znajdą go tu żadne radary, wyspy nie ma również na mapie.
Jakby to, że jest najbardziej poszukiwanym przestępcą w Europie nie miało najmniejszego znaczenia.
Tutaj czas nie istniał. Były tylko wschody i zachody słońca, Jan po roku przestał liczyć dni i godziny. Na nic nie czekał, nie miał żadnych zobowiązań. Posiadał jedyną białą koszulę, którą przestał nosić, gdy tylko odkrył, że stanowi doskonałą moskitierę. Może trochę zbyt małą, ale okienko zawsze można zmniejszyć. Dla mnie to nie do pomyślenia. Muszę dziś zamknąć okno, jutro wymienić moskitierę na większą. Człowiekowi z wyspy po świecie w którym się urodził został tylko ojczysty język. W tym języku śpiewał chwaląc życie samotnika otoczonego towarzystwem zwierząt. Zasypiał i budził się szczęśliwy. Z dala od wszystkiego co kochała Małgorzata.
  • Rozpiera mnie dziś energia! - krzyczał telewizor w malutkiej restauracji. Pani Małgorzata Sapiecha z ironicznym uśmieszkiem błąkającym się po niegdyś pięknych ustach obdarzała wszystkich: od telewizora po prezydenta. Już widać, że Gośka to kobieta sukcesu? Nie? A jeśli powiem, że zna się na markach aut, ma ich kilka, na różne okazje, ba, sama na nie zarabia, podobnie jak na cotygodniową kosmetyczkę, manikiur, pedikiur, najnowsze blendery, inne pierdółki i sprzątaczkę, to już widać? Jak przez mgłę? Co miesiąc zapraszana jest na bale charytatywne, oczywiście, że w sukienkach z najnowszych kolekcji? No teraz to już pełną gębą.
Małgorzata dopiero za drzwiami swojej sypialni jest Gośką. Rzuca szpilki w kąt, włącza po raz setny Titanica z pudełkiem lodów czekoladowych w ręku. Powoli jej oczy robią się wilgotne. Do piosenki Celine Dione nie wytrzymuje i zanosi się bezgłośnym płaczem. Twarz skrzywia tragiczny grymas krzyku, który nigdy nie przetnie obezwładniającej ciszy. Trwa tak przez kilka minut. One nie wydawały się wiecznością, one nią były, ale tylko w tych krótkich chwilach pozwalała im się uzewnętrznić. Tak zasypia. Bezradna w tym bogactwie. Zagubiona w świecie, który zna lepiej niż fabułę Titanica. Od ilu to już lat? . Nie potrafi już liczyć lat, choć jej praca miała mieć charakter długofalowy. Inwestycja na lata, potem miała wrócić na wieś, wyjść za mąż i żyć, wreszcie żyć bez trosk. Nigdy nie doczekała się powrotu. Wrosła, jej sukces okazał się być jej łańcuchem. Awans po awansie, ładna buzia (pomógł plastyk), zgrabne nogi, jakaś tam inteligencja i niesamowita wręcz intuicja, pozwalająca obrócić się we właściwą stronę o właściwym czasie. W ten sposób dostała się na swój szczyt kariery. Pani dyrektor Sapiecha, szycha w swojej branży wiedziała jak wydać książkę. Emblemat jej wydawnictwa widniał na książkach nie tylko najwybitniejszych autorów, to autorzy stawali się bardziej wyraziści, dzięki małemu znaczkowi na grzbiecie powieści. Wybierała tylko najlepsze, miała nos krytyka kulinarnego, wzrok grafika. Czasem mówiła o książkach jak o muzyce duszy, nigdy nie jednakowej.
Zakładając małe wydawnictwo zaciągnęła spore długi na sprzęt i lokal. Jednak pasja czytania coraz to nowych tytułów i grono przyjaciół wspomagających ją w tym wręcz szalonym przedsięwzięciu dawała jej to coś. A właściwie COŚ, bo to była hybryda łącząca opór, zaangażowanie, wiarę i trochę pieniędzy na rozkręcenie interesu. Początkowo do późna przesiadywała na stosunkowo dużym poddaszu i czytała, zanurzała się i tonęła, a kiedy już całkowicie traciła świadomość była zupełnie kimś innym, głównym bohaterem lub narratorem. Kiedy delikatnie przewracała ostanie stronnice maszynopisów, jej nogi same znajdowały wyjście na balkonik. Tam oglądała gwiazdy. Piękne konstelacje, urzekały ją także dlatego, że zupełnie nic o nich nie wiedziała. Przez życie kierowała się wieloma zasadami a jedna z nich mówiła, że nie trzeba wiedzieć wszystkiego. Chociaż z wiedzą była od zawsze za pan brat, dawała swoim przyjaciołom dojść do głosu, coś opowiedzieć, czegoś ją nauczyć. Wtedy oni mieli satysfakcję, że Małgorzata, ach, ta mądra Małgorzata, jest zainteresowana, że są jej równi. A ona miała czas poprzyglądać się człowiekowi, pocieszyć się jego radością, tymi iskierkami w oczach, towarzyszącym często bardzo dobrej opowieści o pasji, marzeniu, czymś niezwykle istotnym.
Na strychu rozmyślała nad tematem powieści, płynności i stylu. Często zasypiała o świcie, i to wcale nie w łóżku a w fotelu, jedynym wygodnym meblu w tej spartańskiej pracowni.
-Nienawidzę przypływów. - Chatkę znów poderwało. Kolejny przypływ, kolejna nieprzemyślana budowla. Łódka już dawno popłynęła w siną dal, więc o szukaniu koszuli nawet nie ma co marzyć. Oczywiście mógłby taką łódkę zbudować, ale nie miał narzędzi. O kolejną koszulę, będzie bardzo trudno, jeśli to nie jest niemożliwe. Najlepsza alternatywa koszuli? Długie liście bananowca. Albo brak okna.
Zalanie starej siedziby, pozwoliło na zbudowanie drugiej, którą tym razem wybrał jednak w innym miejscu, bo nabrzeże już mu się znudziło. Przeniósł drobne drzewka powalone przez wiatr i stworzył z nich konstrukcję malutkiego mieszkanka. Na szczęście w ostatniej chwili przypomniał sobie o drzwiach, więc nie wybudował sobie sam małego więzienia.
Wyspa nawet dla niego była tajemnicą. Nigdy nie zagłębił się w jej czeluścia, nigdy nie czuł do tego pociągu. Miała w sobie coś tajemniczego, napawającego uczuciem strasznej tajemnicy. Im bliżej wybrzeża, tym wydawał mu się weselsza. Szanował kawałek tej ziemi, którą mu ofiarowała i to chyba dlatego nic złego mu się jeszcze nie stało. Nie umarł z głodu, zimna, pragnienia, gorąca ani niebezpieczeństwa.
Człowiek ma pociąg do nazywania. Jest to naturalna kolej rzeczy, że sami wybieramy jak coś lub ktoś będzie przez nas nazywamy, choć może to być bliskie albo wręcz identyczne z tysiącami innych ludzi. Jan nie chciał nazywać wyspy Wyspą. Wolał coś innego, coś co bardziej odzwierciedlało by jej charakter.
Nibylandia. Ta dziecięca nazwa znana mu z lat, gdy był jeszcze młody i niewinny. Dosłownie niewinny, bo do tego czasu jego kartoteka potrzebowała oddzielnej szafki. Gdzie się nie ruszył łamał prawo ustanowione przez brytyjską królową i jej parlament. Dlaczego nie mógł się zmieścić w ramach prawa? Był pewien, że znalezienie normalnej pracy i założenie normalnej rodziny to nie byłby wielki problem. A jednak on nie był normalny i nie chciał normalnie żyć. Kradł więc tak, żeby go zauważono, grał na giełdzie, okradał kasyna, czynił rozboje w biały dzień. A potem kradł samochód i jechał hen, w dal dopóki nie dogoniła go policja. Jednak żadnego wyroku w pełni nie odsiedział. Pokazywał biurokrację tu i teraz wręczając liczne łapówki. Trochę to trwało, zanim doszukał się wśród policjantów takiego, co by wziął. Jednak zawsze się udawało. W każdym większym mieście, w różnych stanach i krajach pieniądze brały górę nad jednym lub dwoma stróżami prawa, mecenasami, sędziami, ofiarami jego przestępstw. A Nibylandia była krwawa, niebezpieczna i niewinna. Tworzyła ją walka między dobrem a złem i dzięki temu była tak czysta, bez skazy. Nie da się powiedzieć, że świat w którym zła nie ma w ogóle jest dobrym światem. Takiego miejsca nie ma, nawet ludzkiej i nieludzkiej wyobraźni. On starał się tworzyć taki świat. Tworzył zło, ujawniał je, karał za nie. W jaki sposób? Każde przestępstwo dokumentował, a kiedy upewnił się, że przepadł jak kamień w wodę, dowody wysyłał na adres każdej placówki karnej i sądowej jaką znalazł. Zdrajcy wpadali zawsze.
-A teraz podsmażamy... i ostrożnie wyciągamy na talerz, uważając, aby kabaczek się nie rozpadł. Polewamy wcześniej przygotowanym sosem... i bon apetit! - Wesoły uśmiech zdecydowanie zbyt chudej kucharki telewizyjnej wydawał się podejrzany. Małgorzata szukając przepisu na pyszne danie postanowiła poszukać w starych przepisach babci. Zaprosiła kilkoro przyjaciół na swoje trzydzieste urodziny i chciała chociaż raz coś ugotować.
Kabaczek się rozpadł. Już piąty z kolei! Gotować każdy może, ale nie każdy powinien. Składniki drżały w jej dłoniach, cięcia wychodziły grube i niezgrabne, a zapach... Nigdy więcej.
  • Włoska restauracja Oasi, słucham?
  • Chciałbym zamówić pięć dań z waszej karty, porcje dla czterech osób. Nieważne jakich dań.
  • Mamy do dyspozycji...
  • Nieważne. Liczy się jakość i szybkość dostarczenia pod Wileńską 33.
  • Ach... - kobieta po drugiej stronie słuchawki zamarła w bezruchu. Jeszcze nigdy nie dostała takiego zamówienia. Szef chyba się popłacze ze szczęścia, albo ona się popłacze, bo on jej nie zwolni. - Czy mogę zaproponować coś do picia?
  • Przydałby się sok. Dobrany do dań. Liczę na profesjonalizm. Do usłyszenia.
Włochy... piękne miejsca, magiczne. Za każdym razem coś przeszkadzało jej jednak w... jej odczuciu czarów. Może ich nie ma? Niemożliwe. Małgorzata całe życie wierzyła w magię. Bo jest magiczna. Bo ją ujarzmia. I wyzwala. Łączy a jednocześnie rozdziera. Boleśnie. Kojąco.
Kobiety są zmienne.
Mężczyźni? W tym przypadku nigdy. Silny wiatr wiał tej nocy na wyspie. Księżyc był jasnym sierpem Demeter. Z zatoki doskonale słychać było syreni śpiew. Przypominał wycie wiatru i fale rozbijające się o brzeg. Widać było mrugającą rozmowę gwiazd. Nikt nie widział wewnętrznej walki jednego, słabego człowieka.
Wróci? Umrze na wyspie?
Tej nocy gwiazdy spoglądały na ważniejsze wydarzenie. Jan również je widział. Stał i patrzył jak z frachtowca wylewa się ropa, jak tworzy wielką kałużę na wodzie. Jak statek z krzykiem załogi zatrzymuje się i patrzył nawet wtedy, kiedy zdezorientowany kapitan wyjrzał przez mostek kapitański, potem przechylił się przez burtę, jakby to co oglądał było ciekawym widowiskiem, a nie katastrofą biologiczną. Marynarze podnieśli ton. Wymachiwali przy tym pięściami, chcąc ustalić kto zawinił. Jeśli nikt się nie przyzna, wszyscy stracą pracę. Większość z nich ledwo ukończyła szkołę marynarską, albo zatrudniono ich w ramach pomywaczy na wzór dawnych korsarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz