sobota, 27 lipca 2013

Z cyklu: Dialogi sam na sam

- Co to znaczy być normalnym?
- Czy masz na myśli równowagę psychiczną, czy może...
przeciętny stan konta
przeciętne relacje międzyludzkie
wtapianie się w tłum
kłótnie
wiele nieprawdziwych przyjaźni
przeciętnego kota lub psa w domu
przeciętną inteligencję
przeciętny czas poświęcony na naukę
przeciętne hobby
przeciętny styl muzyczny
przeciętne upodobania
...przeciętność?
- Czy wszyscy chcą być normalni?
- Nikt tego nie chce. Ale jeszcze ważniejsze jest dla nich, by nikt nie był bardziej oryginalny.
- Ale to nielogiczne!
- Ludzie to nie rośliny. Jeśli nie są dość silni by samemu piąć się w górę, zrobią wszystko, by inni pozostali na dole.
- To bardzo źle.
- To nie ludzie są źli. Kiedy spoglądasz na zło głębiej, znajdziesz milion powodów, do których to doprowadziło. Ale masz rację. Świat jest pełen hipokrytów, egoistów, złodziei, terrorystów, pedofili, narkomanów...
- Na każdy zły uczynek istnieje nazwa?
- Sądzę, że tak.
- A na dobre?
- Filantrop, dobrodziej, bohater, misjonarz...
- Mówisz wolniej.
- Bo to trudniejsze. Dużo trudniejsze.
- Jesteśmy normalni?
- Oby nie.

poniedziałek, 15 lipca 2013

W zielonej szacie czarne sny

Publikuję tekst napisany na potrzeby konkursu Pamięć Nieustająca. Nie został on nagrodzony, jednak jestem do niego bardzo przywiązana.

W
ciąż zielone krzaki kłuły ją w policzek, ale dziękowała Bogu, że tu rosły. „Jeśli świat się nie skończy, w moim ogrodzie będą rosły same krzaki.” Słońce dopiero wstawało, czuć było jeszcze wrześniowy, ciepły chłód. Wszak było jeszcze wcześnie, chyba piąta rano, czy coś koło tego. „Czy oni nigdy nie śpią? Czają się o każdej porze dnia i nocy. Nie wyjdziesz o takiej porze, żebyś się po kątach nie chował. Ale my to zakończymy.” Walczyła o życie bijąc się nie tylko z Niemcami, również z myślami toczyła nierówny bój. Miała skupiać się na wykonaniu poleceń przełożonego i przede wszystkim na przeżyciu, a tymczasem jej beztroski cynizm bił po oczach. Jej przełożeni i koledzy czasem między sobą cicho szeptali czy, jeśli tak to kiedy, ta pewność siebie, to coś co jest w jej ruchach, eleganckich i niebezpiecznych, jakby stale była przygotowana do ataku, wpędzi ją w kłopoty. A kłopoty w roku 1944 oznaczały prawie pewną śmierć.
Czasami zastanawiała się, co właściwie zaciągnęło ją do AK. Czy była to zbytnia brawura, która cechuje dziewczęta takie, jaką ona była dotychczas. Jest wojna, ach, pomyślała, co mi szkodzi, będę walczyć za Ojczyznę. Innym razem myślała o samotności. Całe dotychczasowe życie otoczona ludźmi, których kochała, to prawda, jednak wspólny język, tematy ten sposób myślenia, taki odważny, po prostu. Spróbowała, pewnego dnia zjawiła się na tajnej zbiórce. Nie zwróciła na siebie szczególnej uwagi zwierzchników. Prawie nic nie mówiła, zawsze miała na sobie ładnie wykrojony, ciemnozielony płaszcz, niezależnie od pogody. Nigdy nikomu tego nie powiedziała, nikt zresztą nie pytał, że pod płaszczem schowała broń ojca, którego gestapo zabrało na przesłuchanie. Nigdy z niego nie wrócił. Zdążył jednak nauczyć swoją córkę posługiwania się bronią automatyczną, co niewątpliwie uratowało jej życie w wielu nieprzyjemnych sytuacjach. To była najlepsza z wielu decyzji jej taty.

Kiedy zapytali, jaką funkcję chciałaby objąć, wiedzieli, że jest to pytanie jedynie formalne, bo idealnie nadawała się na łączniczkę. I ona też o tym wiedziała. Nikt nie nadaje się na skradanie tak, jak kot. Ona niemal była kotem. Z kotami łączyło ją jeszcze wiele cech, choć to dłuższa historia.

Czołg się ruszył. Nikt nie wyszedł z pokładu, żaden obskurny Niemiec nie rozstrzelał jej nędznego ciałka, które trwało niewzruszenie od godziny w bezruchu.  Przymknęła lekko oczy. Kiedy następnym razem otworzyła, nie zobaczyła pancernego pojazdu.. ostrożnie rozejrzała się w około. Maszyna odjechała. Dopiero wtedy dała sobie pozwolenie na długi, świszczący oddech ulgi, wraz z którym pozbyła się całego strachu, który powoli się w niej zadomawiał.
Już bez przeszkód dotarła do małego mieszkanka na jednej z wielu ulic Warszawy. Chłopcy spojrzeli na nią ze zdumieniem. Jako jedyna dotarła dzisiaj do bazy. Ulga rozbłysła w oczach oficera. Na chwilę zapanowała radość z powodzenia misji. Na chwilę. Bo misja dotyczyła dostarczenia wiadomości o prowadzeniu rozmów kapitulacyjnych. „Parszywy poniedziałek. Przeżyłaś tylko po to, żeby później cię zabili. Brawo. Choć drugi października będzie dnie bez wątpienia zapamiętanym. Teraz znów wszystko się zmieni.”
Rozmowy kapitulacyjne nie były ani dla niej, ani dla reszty żadnym zaskoczeniem. Początkowy zryw walk, taka chora euforia, że nareszcie, że zaczęło się… Po wszystkim zastanawiała się, co myśleli sobie oficerowie, kiedy wlewali do serc młodych Polaków Boga, Honor i Ojczyznę. A teraz wszystko się waliło. Pierwsza padła Sadyba. Pamięta jak zacięty wyraz twarzy miała sierżantka, wykrzykując z mocą, że chce swoje dziewczyny wyprowadzić z tego żywe i dlatego żadne przeniesienie nie wchodzi w grę. „Ironia losu. Ta kobieta była w gruncie rzeczy bardzo miła. Może jeszcze… zdążę zdezerterować?” Ale uważnie rozejrzała się po pokoju. Salon. Mała ława przesunięta pod ścianę, obraz Matki Boskiej a obok paprotka. I to wszystko. Reszta została sprzedana za jedzenie. To miejsce zubożało, tak jak wiele innych. Znikły fortepiany, drogie obrazy, boazerie. Tego dnia cały oddział do którego należała nerwowo rozsiadł się w pokoju i z trwogą słuchał słów oficera.
Podjęła decyzję, gdy spojrzała przelotnie na młodą dziewczynę skubiącą ze zdenerwowania paznokcie. Właściwie, to wcale o niej nie myślała. Była zajęta karceniem się za takie myśli. „Choć to dokończę. Ta jedna sprawa warta jest życia i dobrze o tym wiesz.”
Niemal całą noc przesiedziała na krześle, próbując wypatrzeć gwiazdy zza zasłoniętych firan. Niestety, w nocy z drugiego na trzeciego października nad Warszawą nie świeciła żadna. Zasłona zbliżającej się porażki je całkiem przysłoniła.
Już o siódmej Niemcy zaczęli wywozić żołnierzy do obozów jenieckich.  Już na początku oddzielili mężczyzn i kobiety, upychając ich w ciężarówkach. Widziała, że gestapo nie widzi w żołnierzach jeńców – traktowali ich, jakby z obrzydzeniem, widziała w ich oczach taką złość. Jakby zabicie Armii Krajowej wszystko ułatwiało. „Ile ziemia jest jeszcze w stanie pomieścić ludzkich ciał? Pewnie jeszcze bardzo dużo, biorąc pod uwagę liczbę ludzi upchanych w jednej ciężarówce.” A tymczasem mieli zostać potraktowani zgodnie z Konwencją Genewską. Żadnej przymusowej pracy, z wyjątkiem prac gospodarskich, lekarz, lekcje… Prawa jeńców wojennych.
Wysiedli na dworcu. Z megafonu rozległ się głos. Szorstki, nienawistny. PRZY KAŻDEJ PRÓBIE UCIECZKI STRZELAMY BEZ UPRZEDZENIA. „No tak. Jak najszybciej wytępić wolę walki. Chcą zasiać strach, ale… w sercach żołnierzy? Jaki to ma sens? Strzelali bez uprzedzenia już wcześniej , to przecież jasne, że nie zawahają się tego zrobić i później.” Tak jak się spodziewała, kilka starszych przełożonych przeniknęło do grupy młodszych żołnierek, by pomóc im i zaopiekować się nimi. Duchowo, bo przecież nie wiedziała, gdzie znajduje się Stalag VIC.
Żołnierki mimo wszystko zdziwiły się, gdy na peron nadjechały wagony bydlęce. Szepty, pomrukiwania, że według Konwecji Genewskiej powinny wyjechać normalnie, jak ludzie, myślały, że ciężarówki to kłopoty z innym transportem… „Głupie! Czeka nas tam śmierć! Po co miałoby nam być wygodnie. Jest wojna!” Ona też złościła się. Ale od pewnego czasu złościła się nieustannie. Na początku odbyła się rewizja. Wszelka broń miała zostać oddana. Zrobiła to z wielkim żalem, wszak miała ochotę jej użyć, ale swój ukochany automat schowała, w skrytce pod jedną z obluzowanych desek w podłodze. Jeśli będzie miała szczęście, znajdzie ją po wojnie, albo jakiś Polak w potrzebie użyje jej w słusznej sprawie.
Podróż trwała kilka bardzo niewygodnych godzin. W wagonach nie było gdzie usiąść, na jeden z nich przypadało co najmniej dwa razy zbyt wiele kobiet. Mimo to niektóre z nich był w stanie wesoło śpiewać, opowiadać dowcipy, snuć na głos marzenia, nawet się kłócić na mało znaczące tematy – byle by podtrzymać siebie i koleżanki na duchu. Z tego co dowiedziała się później wynikało, że około sześćset kobiet oddanych do niewoli jenieckiej było pomiędzy 15  a 20 rokiem życia, co stanowiło dwadzieścia procent ich wszystkich. Dwadzieścia procent młodych dziewczyn, które z powodzeniem mogły uciec nie mając przy tym palącego wyrzutu sumienia. Musiały odnaleźć w sobie wielką siłę, by zostawić w miarę bezpieczny dom i rzucić się w wir niebezpieczeństwa, gdzie błąd kosztował życie. A one miały prawo do popełniania błędów. Wcielając się do AK, odrzuciły ten przywilej.
Jak głosiła tablica na następnym peronie, ich niewola miała się odbyć w miejscowości Oberlagen, niedaleko granicy z Holandią. Nie widziały wioski, następne ciężarówki wysadziły je wprost przed złowieszczą bramą podobną do tych z obozów pracy przymusowej.
Dziewczyna we wciąż ciemnozielonym płaszczu usłyszała okrzyki grozy i jęki zawodu. Nie tylko brama wyglądała jak wyjęta z obozów. Błotnisty obszar, na którym z trudem stało siedem nędznych baraków. W pierwszym rekonesansie mrj Jaga wykazała, że brak tu również ogrzewania i ciepłej wody. Och, jakiż je tu czekał los!
Ustawiły się w dwuszeregu, nie pozbawią ich resztek godności, co to, to nie! Dobrze zrobiły, bo chwilę później spoglądały już na komendanta ich oflagu, gestapowca, którego niebieskich oczu nie zapomną do końca życia. Tak samo jak wygrażania  karabinem, krzyków i wyzwisk. Od początku był wyjątkowo wredny i kłamliwy. Potrafił kusić, przekonał kilka żołnierek, by przeniosły się do obozu pracy, w zamian za więcej jedzenia i mieszkanie. A potem próbował siłą, zdzierając dystynkcje wojskowe z mundurów. „Ty mały, wredny gestapowcu, nawet nie wiesz, jaką siłą dysponują kobiety, którym odebrano wszystko. A do tego trafiłeś na harde kobiety wcielone do wojska. Gorzej  nie mogłeś!”
Pierwszą noc spędziły rozmawiając. W ciemnościach było widać malutkie ognisko, które nie oświetlało praktycznie niczego. Nie polepszyło to im humorów, poczuły się jeszcze bardziej bezradne wobec wszechogarniającej fali nazizmu.  Brak ogrzewania dał im się we znaki, a prowizoryczne ogrzewanie stanowiły kawałki papierów, bardzo zniszczone krzesło, deski wyłamywane z prycz, a nawet drewniane latryny (o niej dziewczyna w zielonym płaszczu ułożyła piosenkę, po czym oddała ów płaszcz jakiejś chorej kobiecie) i jakieś pozostałości po poprzednich mieszkańcach. Widać było, że wobec nich również prowadzono politykę ekstremizmu, bo uschnięte drzewa miały objedzoną korę. Wyjedzona była również trawa i wszystkie możliwe do zjedzenia korzonki. Starały się nie nawet nie myśleć, jakie życie prowadzone ku zagładzie musieli tu wieść więźniowie przed nimi.
- Uwaga, oflag VI C! Baczność!- Rewizja stanowiła część codzienności jenieckiej. Jednak przyszła zima, a dziewczynom nie pozwolono się nawet ubrać. Stały więc, na baczność, czekając na polecenia komendanta, śnieg pozostawiał rany stopach a mróz zdawał się zamrażać nawet serca. Już w październiku 1944r. Oberlagen zostało wykreślone z listy obozów jenieckich, ze względu na tragiczne warunki panujące w oflagu. Z płonącej w sercu odwagi Zofia Majewiczowa, siostrzenica Marszałka Piłsudskiego zaintonowała piosenkę na poczekaniu, aby uczynić tak, jak Bóg uczynił Kubie.

Choć wszędzie postawiłem straż
Latryny mam połowę Raz w jasną noc do latryny
Zakradła się gromada
I ciągnie stamtąd desek trzy
Ach, czy to tak wypada?
Wszak latryna państwowy gmach
Ze swastyką na dachu
Wartownik wrzasnął och i ach
I zemdlał wnet ze strachu.
A gdy się ocknął
Pomknął w cwał
Hauptmana budzić w nocy
W Hauptmana dziki wstąpił szał
Że musiał wstać spod kocy
Więc za telefon chwyta wnet
Rozmowa alarmowa
I do Berlina daleko het
Odzywa się w te słowa: Najdroższy Fuhrerze nasz
Od trosk już tracę głowę
Choć wszędzie postawiłem straż
Latryny mam połowę*
„Może powinno ujść mojej uwadze, że nasz śmiech z każdym dniem staje się, powoli, ale jednak, nieco szalony. Cieszmy się. Niemal zapomniałam, że trwa wojna.”
Okrężną drogą, przez inne obozy, do stalagu VIC przysyłano paczki z żywnością od MCK. Zawsze z radością je przyjmowały, a niekiedy nawet wysyłały listy do rodzin. Nie żaliły się, najważniejsze było to, że nie zostały postawione przed plutonem egzekucyjnym. Miały parszywe szczęście. Naziści poszli niezwykle na rękę, pozwalając prowadzić różne działalności. Na przykład uczyć się. Było to ich jenieckie prawo, ale w Oberlagen respektowano zaledwie kilka z nich.
Urządzano więc lekcje matematyki, historii, fizyki. Nawet astronomia została wzięta pod lupę. Kobiety nigdy nie odrzucą możliwości dokształcenia się. Tak też lekcje stały się niezwykle popularne, a wkrótce kilka z nich urządziło też wieczorek poetycki. Grupa rozrosła się do tego stopnia, że zaczęto organizować przedstawienia teatralne i sztuki baletowe.
Niemcy starali się usilnie nękać patriotki, jeśli nie w sposób fizyczny, to przynajmniej psychiczny. Robili to tak zapamiętale, z taką namiętnością, że nieraz udawało się im przedobrzyć i zamiast potępić zniewolony oddział wojsk polskich, tylko się ośmieszali. Na przykład uwielbiali przerywać przedstawienia.  Podczas wystawiania „Królewny Śnieżki” jeden z gestapowców wtargnął na scenę i od razu zaczął wydzierać się na jednego z krasnoludków, oskarżając o kradzież chleba. Była to sytuacja tak absurdalna, krasnoludek zapomniał jaką kwestię miał właśnie wypowiedzieć. Zamiast grozy, nazista obudził Królewnę i tym sposobem stał się Księciem-Z-Przypadku. „Kto by pomyślał, że Treiber nadaje się na Księcia! Może gdyby nie był gestapo… Raczej gdyby nie było wojny. Zapisałybyśmy go do kółka!”
Dziewczyna bez zielonego płaszcza doskonale radziła sobie w każdej sytuacji. Nawet takiej, w której została przyłapana na szyciu biało-czerwonych flag. Została surowo ukarana, ale przeżyła. Pewnie dzięki wciąż zmieniającej się sytuacji na froncie. Rankiem 6 lutego, kobiety usłyszały coś, czego nie słyszały od dawna. Rumor przedsmaku prawdziwej wojny! Dwa alianckie samoloty myśliwskie ostrzelały stalag w Molsdorfie. Gen. „Żaczek” zginęła, dostając kulę w brzuch i kręgosłup. Szesnaście innych kobiet zostało rannych. Niemcy jednak wszystko umieli wykorzystywać propagandowo. Pochowali gen. „Żaczek” z honorami. Patriotki mrużyły tylko oczy, gdy naziści oddali salwę honorową, gdy przybyły wieńce z Wermahtu i Włoch. Oczywiście, wszystko pod okiem kamery, skwapliwie rejestrującej krokodyle zły tych panów. Później wszyscy mogli zobaczyć jak „wspaniałomyślni” i „honorowi” są przyszli panowie świata.
Przyszli, ale niedoszli. W ostatnich dniach regularnej wojny Niemcy wręcz zabiegali o to, żeby jeńcy mówili o nich jak najlepiej. Dawali klucze do magazynów, żeby zobaczyły, że są puste. Pozwalali chodzić do bauerów, kupować u nich ziemniaki i chleb. Bardzo starali się zyskać w oczach patriotek. Wiedzieli, że wszystko się wali. Ich dniem sądu był 12 kwietnia. Bardziej dokładnie okolice godziny osiemnastej. Polski czołgista z dywizji gen. Maczka wyzwolił oflag Oberlagen. Gdy wyszedł z pokładu był tak umorusany, że jedna z żołnierek zagadała do niego po angielsku. Jego zdziwienie było wyjątkowo polskie, więc pomyłka szybko się wyjaśniła. Tak częste myśli o zemście ziściły się: znienawidzony Treiber dostał kulę w łeb. A komendant szybko się poddał. Teraz to on był w niewoli.
Zwarte i gotowe znów ustawiły się w szeregu. Znów chciały walczyć, chociaż były w fatalnym stanie. Były przekonane, że to nie koniec wojny. Jednak płk Stanisław Koszustki przyjął ze spokojem raport od por. Marii Milewskiej już po wyzwoleniu obozu.
A Dziewczyna w zielonym płaszczu? Ona mogła być każdą z nich. Jedną z setek. Jej losy są wspólnymi losami bohaterek wojny, która się skończyła. Pomyślmy czasem, co mogły czuć, a staje się to łatwiejszym zadaniem, gdy usłyszymy smutną mamrotaną, to znów wykrzykiwaną z grymasem na twarzy piosenkę:
Wokoło moczary, dzikie pustkowia
W sercu apatia, tęsknota wre
Że nam smutno
Nikt się nie dowie
Że serce płacze, że jest źle
Już idzie mięta, pijmy dziewczęta, utopmy troski w blaszanki dnie
Choćbyśmy chciały, nikt się nie dowie
Jak źle w stalagu VIC**
Kaitsu
Obydwa teskty piosenek są zaczerpnięte ze wspomnień żołnierek rzeczywiście przebywających w stalagu Oberlagen. Wspomniane wydarzenia pochodzą jednak z dwóch stalagów, wspomnianego oraz oflagu Molsdorf. Akcja dziejąca się w Warszawie została zaczerpnięta ze wspomnień łączniczki. Osoby wspomniane z nazwiska lub imienia istniały naprawdę. Jedynie główna bohaterka to fikcyjny, acz symboliczny, profil psychologiczny.